Zdalnie

Loguję się na mobilny terminal, z tamtąd router przekierowuje mnie na główny komputer, gdzie odpalam skrypt nawiązujący połączenie zagraniczne i omijając wymuszenie zezwolenia na dostęp loguję się na shell serwera. Na miejscu odpowiedni program mirroruje mi pulpit uprzednio podłaczonego smartfona, dzięki czemu przechodzę bezpośrednio w tryb bootloadera, flaszuję system i uzyskuję dostęp do roota. Jak prawdziwy haker – emaksem przez sendmail.


Dziś dla odmiany rozpoczniemy sucharem:

Czy związki na odległość są możliwe?
.
.
.
Tak, ale tylko kiedy odległość jest mniejsza od długości.

Bycie mną nie jest łatwe (ale ktoś musi ;). Kiedy jakiś znajomy modernizuje komputer albo kupuje nowy telefon, często to właśnie niżej podpisany jest pierwszą osobą, którą pyta się o radę. Podobnie sprawa wygląda w przypadku napraw, o ile jednak łatwo komuś przez telefon powiedzieć czy warto nabyć dane urzadzenie, o tyle kiepsko w ten sam sposób zorientować się w czym tkwi problem, zaś odpowiednie pokierowanie ruchami kogoś technologicznie-upośle.. ekhem, „technosceptyka” w celu naprawienia usterki to już zadanie dla prawdziwych mistrzów cierpliwości.

Oczywiście najprościej byłoby wpaść z odwiedzinami osobiście, pogmerać w ustrojstwie własnymi paluszkami, a na koniec wspólnie obalić butelczynę czegoś wyskokowego i zagrać w Herosów (niekoniecznie w tej kolejności). Niestety życie w innej części globu wcale tego nie ułatwia.

Z drugiej strony jeśli się nie ma co się lubi..

Niejasny wstępniak do dzisiajszego tekstu ma proste tłumaczenie:

Leżąc sobie na kanapie nie chciało mi się ruszyć tyłka, więc używając aplikacji TeamViever połączyłem się zdalnie z pecetem w sąsiednim pokoju dzięki czemu na ośmicalowym ekranie „mobilnego terminalu” widziałem dokładnie to samo co wyświetlał monitor komputera. Następnie ten sam klient, w taki sam sposób połączył się z moim komputerem w domu, w Polsce. Niby mogłem w tej zabawie pominąć chińskiego peceta i iść z tabletu prosto do Polski, ale jednak potrzebowałem dostęp do plików na jego dysku, a poza tym spodobała mi się taka incepcja. Niestety TeamViewer nie działa w obie strony, zatem aby móc zdalnie sterować smartfonem z komputera potrzebny mi był program AirDroid i połączenie z urządzeniem po kablu, w czym pomógł mi tato. Koniec końców udało mi się zreinstalować system na zablokowanym telefonie mamy, a następnie pododawać appki i poustawiać wszystkie ikonki tak jak było do czasu awarii. Z Chin. Zdalnie.

Co najlepsze, oba programy są bardzo proste w obsłudze – w TV wystarczy jedynie zainstalować klienta, który od razu przypisze naszej maszynie losowe ID. Teraz tylko należy je podać osobie, której chcemy udostępnić naszego peceta i potwierdzić decyzję w wyskakującym okienku pojawiającym się za każdym razem, gdy ktoś chce uzyskać kontrolę nad naszą maszyną. Dodatkowo cały proces można przyspieszyć rejestrując (bezpłatnie) nasze konto i tworząc wirtualną sieć złożoną ze wszystkich naszych urzadzeń. Od teraz zdalny komputer będzie się łączył z naszym automatycznie, za każdym razem kiedy tego zapragniemy – bez popupu do zatwierdzenia przez osobę trzecią. W AirDroidzie jest ciut bardziej skomplikowanie, ale wszystko wciąż jest w zasięgu przeciętnego pana Zbyszka, który internetu używa do udzielania się na forum wędkarskim, GaduGadu oraz poniedziałkowego porno.

Teamviever jest bardzo prosty w obsłudze

W okienku Airdroida widzę to co wyświetla mój tablet podłączony po kablu. Można i beprzewodowo, ale do tego potrzebny jest root.

Żyjemy w erze Internetu Rzeczy („InternetOfThings”), a to oznacza, że nasze gadżety są ze sobą powiązane, komunikują się, wymieniają danymi i komentują nasze codzienne zachowania, nagrywając użytkowników w kompromitujących sytuacjach, które następnie wykorzystują w celach szantażu by tym chytrym sposobem wymusić na właścicielu wymianę procesora czy dokupienie kolejnej kości pamięci. Żartuję? Dzisiaj owszem, ale już za parę lat tak może wyglądać nasza codzienność – pamiętajcie, że zdrada czai się wszędzie, a najczęściej tam gdzie się tego najmniej spodziewamy.

Obrazek z cyklu „Mistrz Painta uderza ponownie!”

Tymczasem jednak, wciąż możemy się wyluzować i spróbować wycisnąc z synchronizacji to co najlepsze, z tego właśnie powodu artykuł zakończę paroma rekomendacjami dla rozwiązań, które nieco ułatwią nam żonglerkę między wieloma urzadzeniami, w tym ich zdalną obsługę.

  • Google Home (Chromecast) – coś co zaczeło się od dongla Google (małego dyngsa wsuwanego w port HDMI telewizora), a obecnie możemy znaleźć również w innych przystawkach telewizyjnych (np. nVidia Shield, MiBox czy Nexus Player). Dzięki temu możemy w prosty sposób przesłać multimedia z mobile (telefon, ale również laptop z odpaloną przeglądarką Chrome) na duży ekran telewizora, w kompatybilnych słuchawkach dostępna jest również pełna opcja mirroringu.
  • Miracast – bardziej zaawansowana wersja Chromecasta, przez co kopiujemy dokładną zawartość ekranu smartfona na TV (mirroring). W ten sposób możliwe jest również granie w mobilne produkcje na dużym ekranie, ale musimy pamiętać o lagach związanych z przesyłem sygnału bezprzewodowo – rzecz nada się tylko do spokojniejszych tytułów. Miracast jest dostępny na wielu donglach HDMI „made in China”.
  • SteamLink – kolejna przystawka na wzór Chromecasta, tutaj jednak łączymy ze sobą telewizor oraz komputer. Chodzi o to, by gra odpalona na mocnym sprzęcie na biurku mogła być ogrywana w komfortowych warunkach w salonie, na dużym telewizorze, na kanapie z padem w dłoni. Ot taki zamiennik dla konsoli.
  • Splashtop – odpowiednik TeamVievera, ciężko mi wybrać który lepszy, gdyż oba oferują podobne funkcje i różnią się w zasadzie tylko interfejsem.
  • Mightytext – dzięki tej sprytnej appce w prosty sposób wyślemy smsa korzystając z tabletu lub komputera, MT synchronizuje nasze wiadomości, umożliwia ich podgląd oraz powiadamia o nowych, dzięki czemu nie muszę za każdym razem biec do telefonu z moim polskim numerem kiedy za coś zapłaciłem i czekam na hasło jednorazowe.
  • Pushbullet – synchronizuje nasze wiadomości na wzór Mightytext, ale tym razem powiadomienia z mobile wyświetlane są tylko na pececie. Ponadto oferuje również dodawanie znajomych, czat i przesyłanie plików. Posiada plugin do Chrome, dzięki czemu szybko możemy przesłać jakieś małe pliki (darmowa wersja ma ograniczenie chyba do 10MB) na dowolne urządzenie (nasze bądź znajomego, którego mamy w kontaktach). Bardzo polecam!
  • Dropsync – Dropbox na telefonie to dla mnie oczywista oczywistość, choć w zasadzie każde rozwiązanie chmurowe sprawdzi się równie dobrze. Dropsync jest małą appką, która automatyzuje proces synchronizacji – wybieramy parę folderów: jeden na Androidzie, drugi na naszym dysku DB i w zasadzie tyle – Dropsync będzie regularnie synchronizował oba katalogi. Przydatne narzędzie do tworzenia backupów naszych zdjęć.
  • Pocket – jedna z najczęściej uruchamianych aplikacji zarówno na moim telefonie jak i tablecie. Służy do archiwizacji stron www w celu ich późniejszego przeczytania. Dla przykładu – jadąc metrem przeglądam sobie wiadomości na telefonie i czytam co krótsze artkuły, zaś resztę przesyłam do Pocketa (na moim czytniku RSS wystarczy tylko przesunąć palcem w prawo, superwygodne). Teraz do zapisanych artykułów mogę wrócić gdy będę się nudził przy pececie albo korzystał z tabletu na kanapie. Z noworocznych statystyk dowiedziałem się, że w ten sposób przeczytałem w poprzednim roku równowartość 36 książek.
  • Spotify – warto również wspomnieć o muzyce, a Spotify (dostępne również w darmowej wersji z reklamami) jest do tego najlepszym przykładem. Nie tylko bowiem mamy dostęp do usługi na każdej z wiodących platform, ale również możemy sterować odtwarzaniem za pomocą naszego telefonu zupełnie jakby ten był pilotem do wieży!
Bookmark the permalink.