Xiaomi Mi 9 SE – recenzja



Wbrew pozorom kupno nieco mniejszego smartfona nie jest wcale takie trudne. Wystarczy zejść z planowanym budżetem do maksymalnie pięciuset złotych i już jedyne co nam zostaje do wyboru to „jednorazowe” pięciocalowce z Mediatekiem. Komplikacje pojawiają się dopiero wówczas, gdy do pożądanych cech obok przymiotnika „mały” postawimy jeszcze „dobry”. Takiego urządzenia to ze świecą szukać.

Dawno, dawno temu, za górami Tybetu i lasami Syczuanu, kupiłem swojej ówczesnej dziewczynie Huawei Nova – dość niewielki telefonik mający w założeniu zastąpić jej ówczesnego iPhone’a 5, którego bateria mocno niedomagała. Dla niej był to pierwszy kontakt z Androidem, dla mnie – z Huawei. Jako, że od razu po odpakowaniu telefon znalazł się w użyciu, nie miałem okazji go przetestować, ale chcąc co nieco o nim napisać postanowiłem przepytać nową właścicielkę. Spisałem dziesięć najbardziej nurtujących pytań po czym przeprowadziłem krótkie ‚interview’. Tak właśnie powstała mini-recenzja Novy.

Pomysł był ciekawy toteż postanowiłem go wdrożyć i tym razem, zaczynając recenzję Xiaomi Mi 9 SE właśnie od takiego wywiadu z moją byłą dziewczyną, a obecnie małżonką dla której omawiany telefon jest przeznaczony. Myślę, że da nam to przyjemny kontrast w porównaniu z dalszą, stricte ‚geekowską’, częścią tekstu.

Co ludzie uważają o firmie Xiaomi w Chinach? Kto z twojej rodziny ma ich produkty?

W przeciwieństwie do takiego Huawei czy Oppo, 小米 jest wybierane głównie przez młodzież, często ze względu na cenę. Inne firmy znacznie chętniej wiążą się z telekomami i przez to są preferowane w abonamentach. W mojej rodzinie z roku na rok przybywa posiadaczy Xiaomi, pamiętasz Yi Lin? Przez trzy lata pracowała w Huawei, a w tym roku kupiła Mi 9.

Z Huawei Novy korzystałaś przez dwa lata, czy to dobry czas na zmianę?

Nie wiem. Telefon wciąż działał, a jako, że pół roku temu wymieniliśmy baterię to i ten aspekt stał na zadowalającym poziomie. Czasami jednak denerwowały mnie przycięcia, szczególnie podczas ładowania zdjęć w galerii. Teraz jest znacznie lepiej (ale wciąż trzeba troszkę poczekać).

Jakie były twoje pierwsze wrażenia na widok Mi 9 SE?

Wygląda ładnie, dobrze się go trzyma, ale.. Te aparaty okropnie wystają! Boję się telefonu położyć na spodzie żeby tego nie porysować! Nie wiem kto wpadł na ten pomysł, telefon jest taki fajny, cieniutki, ale co z tego jeśli trzeba będzie kupić jakieś grube etui dla ochrony aparatów.

Co czujesz po przesiadce z Huawei na Xiaomi?

Jest szybciej, to na pewno. Widzę więcej, bo cal w tę czy w tamtą robi naprawdę sporo różnicy ( ͡° ͜ʖ ͡°). Czytnik pod ekranem jest super, chociaż bardziej pasował mi ten z Novy – na tyle, co było bardziej wygodne, a do tego obsługiwał proste gesty.

Dobrze korzysta się z ekranu 6″? Nie za duży? Nie za mały?

Jest w sam raz. Kolory są znacznie ładniejsze niż w poprzedniku, ogólnie przyjemniej się na to patrzy i z tego korzysta. Chyba nie chciałabym mniejszego telefonu.

Czy przeszkadza ci notch?

Nie, prawie w ogóle go nie zauważam w codziennym użytkowaniu.

Podobają ci się zdjęcia? Korzystasz z dodatkowych obiektywów?

Póki co zdjęcia robiłam tylko wewnątrz i tak szczerze, to nie zauważyłam zbytnich różnic w jakości. Korzystałam tylko z trybu automatycznego i głównego aparatu.

Co sądzisz o szybkości działania i o baterii?

Ten telefon jest o wiele szybszy od Huawei, ale bateria stoi na bardzo podobnym poziomie, może nawet jest nieco gorzej. Pamiętam jak tuż po zakupie Novę ładowałam raz na dwa dni, a ten tutaj nie wytrzyma więcej niż półtora.

Czy miałaś już jakieś problemy z tym telefonem?

Tak. Nie mogę zainstalować aplikacji mojego banku. Nie ma jej w appstorze Xiaomi, a instalacja z pliku kończy się błędem, nie wiem dlaczego. Nie podoba mi się również, że nie przychodzą mi powiadomienia na MiBanda (wersja 3 z NFC), bo aplikacja się sama wyłącza. Muszę ją ręcznie uruchamiać.. O i jeszcze jedno. Nie wiem czemu, ale teraz już nie mogę przesyłać gifów w Wechacie – pojawia się komunikat, że plik jest zbyt duży. Wcześniej było dobrze.

Co jest główną zaletą Xiaomi 9 SE, a co jego największą wadą?

Najlepszy jest oczywiście ekran – duży, śliczny i czytelny, a mimo to łatwy w obsłudze jedną dłonią. Najbardziej boli mnie brak diody powiadomień – w Novie była jasna i wielokolorowa, od razu widać było, że coś przyszło. Ambient Display nie jest aż tak widoczny z daleka, a do tego mówiłam już, że Miband szwankuje i przez to odpowiadam na wiadomości z dużym opóźnieniem.

Podsumowując – czy zakup wart był wydanych pieniędzy?

Nie! Przestań wydawać nasze pieniądze na swoje głupoty! Mój telefon był w porządku, ani brzydki, ani zepsuty, mógł podziałać jeszcze wiele lat. Kupujesz jak opętany wszystko co Xiaomi wypuści do sklepów i liczysz, że mi się to podoba? Ty chyba nienormalny jesteś!

Nie kupuję wszystkiego..

WYGLĄD I ERGONOMIA

Pod artykułem zapowiadającym niniejszą recenzję pojawiło się dość fundamentalne pytanie:

Czy 5,97 cala to jest maluch?


I wiecie co – zależy jak na to spojrzeć i z czym porównać. Jeśli w tym miejscu wyciągnę z szuflady zakurzoną Moto E pierwszej generacji i położę obok Xiaomi, to ten drugi pozuje przy niej na prawdziwego giganta. Z drugiej strony dobrze pamiętam gimnastykę jaką zmuszone były ćwiczyć moje palce za każdym razem kiedy próbowałem obsługiwać Mi Mixa 3 jedną dłonią.

Prawda jest jednak taka, że obecnie chcąc kupić nie telefon, a „telefonik” nie mamy zbyt dużego wyboru i właśnie dlatego zmuszony w tej recenzji jestem do nazywania Mi Dziewiątki SE „maluchem”.

Tym bardziej, że urządzenie faktycznie przyjemnie leży w ręce i nie przysparza zbytnich problemów z obsługą w trakcie spaceru. Owszem – delikatne komplikacje pojawiają się podczas korzystania z górnej i dolnej krawędzi ekranu (np. wysunięcie belki powiadomień albo użycie czytnika linii papilarnych), ale i tak jest bardzo dobrze. Aby to podkreślić zadam sobie pytanie:

Czy chciałbym aby telefon był jeszcze mniejszy?


O ile lubię kompaktowe cacuszka to odpowiem: „na pewno nie przy zastosowanych proporcjach 19,5:9„. Fajnie by było gdyby telefon był krótszy, ale nie węższy.

Minimalizm konstrukcji dopełnia waga wynosząca jedyne 155 g. Niemalże identyczny rozmiarowo Mi 6 waży już 13 gramów więcej – niby niewiele, ale szybko doceniłem szczuplejszą sylwetkę 9 SE. Wspomniany wcześniej Trzeci Mix to w porównaniu z opisywanym modelem spasiony grubas wcinający cheetosy przed telewizorem.

Wat?

Dobra, koniec tego brandzlowania się nad kompaktowością małej Dziewiątki – telefon jest po prostu mniejszy i lżejszy od większości konkurentów, wygodnie się go używa i jest idealnym wyborem dla wszystkich nie-graczy. Idźmy dalej, prosto w kwestie wizualne.

Xiaomi Mi 9 SE dostępny jest w trzech kolorach, pomijając już fantazyjne nazwy od producenta są to kolejno: czarny, niebieski i fioletowy. Każdy z nich może się podobać, ale jako, że mamy do czynienia ze szklaną obudową to i tak pewnie skończą pod etui. Choćby tym dodawanym w zestawie – ciemnym, silikonowym, które w zamian za estetykę poprawia chwyt i zwiększa odporność na uderzenia. W tym jednak wypadku nie ma konieczności stosowania pokrowca – telefon i bez niego klei się do dłoni. Jeśli z reguły ostrożnie obchodzicie się ze swoją własnością to i z 9 SE nic złego nie powinno się stać. Obie strony smartfona otulone są szkłem Gorilla Glass piątej generacji, dość odpornym na upadki, chociaż podobno miększym aniżeli np. GG 3 przez co z czasem mogą pojawić się mikro-rysy. Za to tafla jest zauważalnie bardziej śliska od tego co używam na co dzień przez co „tapanie” tudzież „mizianie” sprawia jeszcze więcej satysfakcji, a ponadto nie pozostawia aż tylu śladów co wcześniej.

Ramka wykonana jest z aluminium (ale nie udało mi się potwierdzić czy ‚7000’ jak u flagowego brata) i elegancko spojona ze szkłem. W tym miejscu wolałbym chyba jednak zaoblenie na bocznych krawędziach jak ma to miejsce w Mi 9. Tutaj rogi są bardziej kanciaste, ale rozumiem, że to kwestia gustu – z pewnością znajdą się zwolennicy takiego rozwiązania. Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o wystających obiektywach, które z estetyką mają bardzo niewiele wspólnego. Najgorsze jest to, że nawet dołączone etui nie chowa ich całkowicie i wciąż górują nad warstwą plastiku. O ile trzymając telefon w kieszeni nie zawadzają, dyskomfort pojawia się za każdym razem kiedy odkładamy telefon na twardą, płaską powierzchnię. W takich warunkach pojawienie się pierwszych zarysowań na obiektywach jest tylko kwestią czasu.

Po dłuższym wciśnięciu włącznika oczom ukazuje się ekran AMOLED od Samsunga w pełni swojej chwały. Niby rozdzielczość FHD+ i zagęszczenie pikseli wynoszące 432 punkty na cal w 2019 roku na nikim nie robi wrażenia, ale na żywo prezentuje się to znakomicie! Ramki są wąskie, dolna bródka wciąż zauważalna, ale znacznie mniej irytująca niż rok temu, nawet „kropelkowaty” notch potrafi się podobać. Co do tego ostatniego to już pierwsza aktualizacja oprogramowania upodobniła go kształtem do wcięcia znanego z najnowszego OnePlusa poprzez systemowe wyłączenie pikseli po bokach. Podczas normalnego użytkowania zmiana jest jak najbardziej na plus, aczkolwiek muszę zauważyć, że patrząc pod słońce łatwo da się rozpoznać tę sztuczkę. Oficjalna wersja oprogramowania od Xiaomi nie pozwala na swobodne zarządzanie kształtem notcha (jeszcze?), ale miui.eu już tak.

IPS czy AMOLED?

Zastosowany wyświetlacz organiczny jest bardzo wysokiej jakości. Nie napiszę „najwyższej” bo brakuje mu paru futurystycznych bajerów, chociażby HDR w wersji dziesiątej charakteryzującej się jeszcze lepszym kontrastem. Chciałoby się tu również zobaczyć coś więcej niż Full HD, ale to i tak pewnie byłaby tylko taka sztuka dla sztuki. Po początkowym zachwycie od razu zmniejszyłbym rozdzielczość w celu ratowania baterii.

Kolory są odwzorowane poprawnie, domyślnie „soczyste”, ale i modyfikowalne w ustawieniach. Z łatwością zmienimy balans bieli i/lub temperaturę barw. System daje nam również możliwość automatycznej redukcji światła niebieskiego w ustalonych godzinach.

Porównując AMOLED z IPS najlepiej zacząć od ekstremów czyli czerni i bieli. O ile ta pierwsza bezsprzecznie lepiej wygląda na ekranie organicznym, o tyle biel najbielsza jest na ciekłokrystalicznym. Ten drugi typ lepiej wypadł również przy patrzeniu pod dużym kątem (ponad 170 stopni). Wyświetlacz Mi 9 SE w takiej sytuacji szybko wpada w zielono-fioletowy gradient, tymczasem w Mi 6 to wciąż ta sama biel co wcześniej. Podobny test przeprowadzony na czarnym ekranie ujawnia jednak wady IPSa – tam czerń widziana z boku szybko staje się szarawa. W tym pojedynku trzeba również wspomnieć o największym asie w rękawie AMOLEDA czyli trybie „Ambient Display” (lub „Always On Display”). W Mi 9 SE pozwala on na wybór obrazka który wraz z godziną/datą/ikonami powiadomień będzie stale widoczny na wygaszonym ekranie i nie spowoduje to widocznego wzrostu zapotrzebowania na energię.

Osobiście preferuję ekrany organiczne, nawet w obliczu potencjalnego wypalania się pikseli. To jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, a jedyny problem którego doświadczyłem to powidoki w Moto X Force. Remedium okazało się banalnie proste – wystarczyło pobrać pierwszą lepszą aplikację z Google Play, która wyświetla „szumy” na ekranie i zostawić z tym telefon na noc. Rano był jak nowy.

I jeszcze krótko odnośnie HDR-u. Nigdy wcześniej nie miałem okazji bawić się ekranem z taką funkcją, dlatego aby poczuć możliwie największą korzyść pobrałem najbardziej wypasione demo jakie udało mi się znaleźć. Wiecie, takie z tym HaDeEr’em, w sześćdziesięciu klatkach na sekundę i jeszcze na dodatek w rozdzielczości 4k. Materiał odpaliłem w MX Playerze i rozdziawiłem japę z zachwytu. Wideo odtwarzało się absolutnie płynnie, a refleksy świetlne i cienie wyglądały zjawiskowo! Witamy w 2019 roku panie Jakubie! Dla porównania ten sam film na Mi 6 w ogóle się nie otworzył (??), choć na Mi Padzie 4 już tak, aczkolwiek wrażenia wizualne nie były aż tak wyuzdane.

Tutaj jednak pozwolę sobie ostudzić wasz entuzjazm, bo demo, które posłużyło mi do testów było tak wysokiej klasy, że zawierało prawie gigabajt danych, a trwało niewiele ponad dwie minuty. W normalnym użytkowaniu aż takiej różnicy widać nie będzie. Co równie ważne – testowany przeze mnie model z chińskiej dystrybucji miał ‚Widevine’ na poziomie L3, a to równa się Netflixowi w najniższej możliwej rozdzielczości. Podobno wersja na rynek europejski ma mieć L1, ale o tym przekonamy się dopiero po premierze.

Bookmark the permalink.