Rozmiar MA znaczenie, czyli pikoprojektor Rollei Innocube IC200C

Jeszcze 10 lat temu projektowanie telefonu komórkowego nie należało do trudności – sprzęt ma dobrze leżeć w dłoni, a ekran wystarczać do wybrania numeru, napisania esemesa czy zagrania w snejka. Złożyć to do kupy i bam! Mamy Nokię 3310! Obecnie już tak prosto nie jest – każdy smartfon to kompromis pomiędzy pragnieniem uczynienia urządzenia jak najmniejszym, z jednocześnie jak największym ekranem.

 

Różne firmy mają swoje własne sposoby na ten problem. Króluje oczywiście podbijanie rozdzielczości do HD, FHD, czy nawet 2K – w teorii gwarantuje to, że na małym ekraniku da się umieścić więcej treści (a praktycznie przyczynia do kontuzji kręgów szyjnych przy próbie wczytania się w małe literki..). Pojawiła się moda na phablety, czyli duże telefony (o wielkości matrycy pomiędzy 5.5″, a 7″) – jest to jakieś rozwiązanie, ale konia z rzędem temu, kto mając takiego kolosa w kieszeni dżinsów schyli się i zawiąże sznurówki. Są jeszcze oczywiście nieśmiałe próby odchudzania ramek wokół ekranu (Sharp AQUOS), używanie bocznych krawędzi (Sansung Edge), tylnej części obudowy (Yota Phone) jako dodatkowego wyświetlacza, a podobno nawet Samsung pracuje nad składanym ekranem.

To wszystko jednak tylko półśrodki, bo dodanie cala czy dwóch do ekranu nie zapewni nam komfortu tradycyjnego monitora. Ten z kolei waży kilka kilogramów i za cholerę się skubańca nie zmieści do kieszeni spodni (nawet bojówek!). W tym mrocznym świecie mało-matrycowej mobilności pojawia się jednak promyk nadziei – pikoprojektory. Cacuszka o wadze przeciętnego telefonu, które z łatwością rzucą 50-calowy obraz na każdą ścianę.

Filmy ogląda się świetnie! Uczucie kinowości macie jak w banku!

Filmy ogląda się świetnie! Uczucie kinowości macie jak w banku!

Po pierwsze – dlaczego mielibyśmy kupić pikoprojektor i czego od niego oczekujemy? Najważniejszy jest oczywiście obraz – ostry, jasny, o wysokiej rozdzielczości, najlepiej z różnymi ustawieniami barw i kształtów. Poza tym ma być mały, przenośny i wyświetlać na wbudowanej baterii przynajmniej jeden standardowej długości film. Fajnie by było, gdyby miał WiFi – przecież wszystko co ma WiFi jest lepsze! No i kolorowy wyświetlacz! I tani, ma być tani!

Jak możecie się już domyślać – prawie wszystko to da się zorganizować, widziałem już nawet takie modele! Ale tanie to one, bynajmniej, nie są. Taki Philips PicoPix spełniający powyższe kryteria w momencie premiery kosztował 2000zł (obecnie to połowa tej kwoty) – jeśli ma to być tylko z rzadka używany dodatek do telefonu/tabletu to cena jest wybitnie nieadekwatna.

Projektorek mieści się w dłoni

Projektorek mieści się w dłoni

Dlatego w poszukiwaniu tańszego, choć wciąż zacnego projektora na dalekie podróże, porzuciłem bezpieczny świat znanych i sprawdzonych marek, a miast tego udałem się na niebezpieczne morza pełne małych, nieznanych producentów. Tylko dzięki temu mam przyjemność zaprosić was do dzisiejszej lektury pikoprojektora Innocube IC200C niemieckiej marki Rollei.

 

Bookmark the permalink.