Underworld

Ciekawość. Znudzenie. Narastająca ekscytacja i pełne zauroczenie. Zaskoczenie. Skonfundowanie i gniew. Przykre rozczarowanie. Nadzieja. Seans najnowszego Underworlda zaoferował mi całą gamę emocji i wypuścił z kina na miękkich nogach tylko po to, żeby przez kilka najbliższych dni rozpamiętywać każdą scenę, rozmyślać nad niuansami fabuły i bezskutecznie próbować rozgryźć niejasne zakończenie.


Są książki i Książki, gry i Gry, filmy i Filmy. Coś co przeżyjesz raz i bez żadnej szkody zapomnisz, albo chwila, która wpłynie na osobowość i raz na zawsze odmieni naturę człowieka. Doświadczenie do którego wracasz myślami w losowych momentach dnia i dopatrujesz się analogii zgodnej z tym co sprawiło, że jesteś tym kim jesteś.

Dla przykładu – Wrota Baldura rozbujały moją wyobraźnię do granic możliwości, strach zastąpiły rządzą przygód i jestem bardziej niż pewien, że bez tego elementu mojej przeszłości nie siedziałbym teraz w Chinach. Podobnie potrakował mnie Wiedźmin A. Sapkowskiego. Mam szczerą świadomość, że to właśnie dzięki tym książkom traktuję życie bez większej spiny i znajduję pocieszenie w sarkazmie, ale jeśli coś musi być zrobione to po prostu zakasuję rękawy i biorę się do roboty.

I wreszcie Underworld.. Ten film, a właściwie jego dwie pierwsze (najbardziej prawilne!) części wywróciły do góry nogami mój gust muzyczny, a co najważniejsze nauczyły mnie czerpać siłę ze.. smutku. Im bardziej przygnębiająca sytuacja, im bardziej czuję, że los specjalnie się na mnie uwziął, tym bardziej – właśnie jemu na przekór! – pragnę pokazać, że się myli! Że nawet jak jest bardzo źle to i tak nie ma co się mazać tylko „kurwa mać i do przodu!”.

Dlatego właśnie do serii Underworld mam stosunek bardzo szczególny, z niepokojem patrzę na rozwój marki i pełen rozterek po seansie chciałbym podzielić się z wami moimi wątpliwościami. W tych właśnie burzliwych okolicznościach zapraszam do pierwszej na łamach Świata Jutra recenzji filmu.


Zacznijmy od tego, że będąc niepoprawnym romantykiem nie uznaję Underworlda za typowy film akcji pokroju Avengersów gdzie pierwsze skrzypce grają wybuchy, a miarą jakości jest ilość trupów na scenie. Te elementy, owszem, z łatwością znajdziemy w cyklu, ale pełnią one raczej tylko rolę tła mającego podkreślić przygnębiającą atmosferę świata w którym przyszło żyć głównym bohaterom. A tych jest dwoje.

Selene, czyli Kate Beckinsale w swoim najlepszym wcieleniu, to Death Dealer (tłumaczone tu na Szafarza Śmierci) czyli żołnierz w klanie wampirów, specjalnie szkolona zabójczyni chroniąca wyższe rangą wampiry przed ich niegdysiejszymi niewolnikami, a obecnie największymi wrogami – wilkoła.. przepraszam, Lycanami. Cała ta wojna rozgrywa się w cieniu, z dala od ludzi, którym pozwala się żyć w błogiej nieświadomości.

Fabuła serii rozpoczyna się od jednej z misji wampirzycy. Tropiąc Lycan, Selene odkrywa, że oni sami kogoś śledzą i tak właśnie do historii trafia drugi bohater – Michael. Grana przez Scotta Speedmana postać swoim zachowaniem przypomina Terminatora z filmów Camerona – minimalna ilość linii dialogowych, kamienna twarz i stuprocentowa powaga. Podobnie jednak jak Schwarzenegger w produkcji o elektronicznym zabójcy, rola ta jest absolutnie niezbędna do wprowadzenia właściwego klimatu i nadaniu sensu fabule. Łatwo możemy się o tym przekonać czytając komentarze widzów na imdb.com – Underworld: Przebudzenie w którym Selene zostaje osamotniona zgodnie uznawana jest za najgorszą część ze wszystkich pięciu filmów.

Historia pierwszych dwóch części sprowadza się do motywu rozdarcia pomiędzy lojalnością względem rodziny, a miłością – jeśli jeszcze nie skojarzyliście tego z pewnym klasykiem Szekspira to współczuję waszemu poloniście. Historia jest zatem do bólu klasyczna, ale opowiedziona w nowej, mrocznej stylistyce i kończy się czymś na pozór happy endu. Zrujnowane zamczysko, wrog został pokonany, kochankowie są znowu razem, pocałunek na tle wschodzącego słońca. Kurtyna.

Widz dobrze wie, że to nie jest bajka, że świat w którym przyszło żyć bohaterom daje im bardzo nikłe szanse na długie i szczęśliwe życie. Że za względu na to czym są i co zrobili będą ścigani do końca świata. Ale wiemy również, że cokolwiek by się stało Oni są razem i mogą na siebie liczyć – a czyż nie tego pragnie każdy w swoim związku?

Ta piękna i uniwersalna historia z otwartym zakończeniem wymagała od jej twórców tylko jednego – żeby zostawili ją w spokoju i zajęli się czymś innym.

Faktycznie, z początku tak było – powstał przecież prequel „Rise of Lycans” wyjaśniajacy pewne wątki pierwszych części, odzwierzający Lycan oraz nadający sporo głębi głównemu antagoniście. Rhona Mitra w roli wampirzycy wypadła niemniej przekonująco niż Kate, Michael Sheen (ciekawostka – prywatnie exchłopak Kate, byli razem przez 8 lat) wciąż był genialnym Lucienem, a Bill Nighy w roli Viktora to klasa w samej sobie. Wydawałoby się, że wykreowawszy tak niesamowite uniwersum niezwiązane z żadnymi książkami, komiksami i nie podlegające jakimkolwiek licencjom, twórcy zajmą się tworzeniem spinoffów dając tym samym spore pole do popisu dla nowych, obiecujących scenarzystów i aktorów.

Hajs jednak musi się zgadzać.

Przyszedł zatem rok 2012, a wraz z nim zapowiadany koniec świata – do kin trafił Underworld: Przebudzenie, w którym zabrakło Michaela, Kate bardzo nie-wampirzo się postarzała, a świat dowiedział się o istnienieniu Nieśmiertelnych. Jakby tego było mało – Selene skumpolwała się z Davidem, młodym wampirem granym przez Theo Jamesa. Nie powiem, że grał źle, ale jakoś niezupełnie pasował mi do klimatu serii – przez cały film miałem wrażenie, że chłopak chciał się dostać na plan Zmierzchu, ale pomyliły mu sie autobusy i trafił do Underworlda. Len Wiseman (nieformalny ojciec Underworlda) tłumaczył się potem, że chciał odwrócić uwagę widzów od wątku romantycznego i skupić ją na czymś innym (córce Selene) więc odsunięcie Michaela było jak najbardziej konieczne. To jednak nie zmienia faktu, że ujawnienie obecności wampirów i wilkołaków całemu światu okazało się absolutnie zbyteczne – Underworld to Podświat, coś co się dzieje na uboczu, za naszymi oczyma. Na tym opiera się atmosfera produkcji i to jest jej główną siłą – widz zastanawia się czy coś takiego rzeczywiście może się zdarzyć. Odarcie filmu z jego unikalnej cechy było błędem, co potwierdziła kolejna, najnowsza część, gdzie tak jakby zapomniano o tym fabularnym niuansie i całkowicie pominięto czynnik ludzki.

I oto w końcu jesteśmy przy Underworld: Wojny krwi. Znów zmieniono reżysera (poza częścią 1 i 2 nakręconymi przez Lena Wisemana każda kolejna miała innego „tatę”) i tym razem, dla odmiany, wyszło to filmowi na dobre. Wrócił wampirzy klimat intryg i walki o władzę, Lycanie znowu dostali całkiem niezłego przywódcę, David w końcu dorobił się bardziej underworldowego wizerunku i nawet dało się go polubić, powróciła atmosfera gotyku – sceny w otoczonym lodem zamku to najlepsza część filmu. Z drugiej jednak strony znowu zabrakło Michaela, tym razem nie pojawia się nawet Eve (córka). Paskudnie odbiło się to na Selene – kobieta przez cały film wydaje się przygnębiona i pozbawiona motywacji. W pierwszym filmie miała wiele powodów do walki, w drugim chciała przeżyć i być szczęśliwa, w trzecim była matką chroniącą swoje dziecko – wszystko jak najbardziej zrozumiałe. W Wojnach Krwi niby chodzi o odszukanie Michaela, ale sama aktorka wie, że do tego nie dojdzie więc ciężko jej wykrzesać jakiekolwiek emocje i skupia się głównie na tym aby dobrze wyglądać w lateksie.

Jak to się mówi – nadzieja nie umiera nigdy. Kate wciąż ma zakontraktowany jeszcze jeden film i może w końcu tam odnajdzie swojego ukochanego. Osobiście pragnę, żeby reżyserem znów stał się Wiseman, co jednak może okazać się nieco zbyt skomplikowane, gdyż on i Beckinsale rozwiedli się rok temu. Wciąż obstaję, że powrót Speedmana na plan (najlepiej wprowadzony z zaskoczenia, w jakichś dramatycznych okolicznościach) nadałby kolorytu i pięknie domknął wszystkie wątki serii.

W czwartym tomie wiedźmińskiej sagi Sapkowskiego, poeta Jaskier zauważa jak rozdzielona w czasie wojny rodzina całkowitym zbiegiem okoliczności się odnalazła. Komentuje to tymi słowami:

Underworld to ponury świat, w którym nie mówi się o radości i nie ma happy endu. To uniwersum wiecznej wojny, gdzie bohaterowie mogą żyć tysiące lat ale nikt nie jest bezpieczny, a śmierć może pojawić się nagle i niespodziewanie. Dlatego właśnie tym piękniejsze jest uczucie jakie połączyło Michaela i Selene, dlatego kibicuję im z całego serca aby odnaleźli się w ostatniej częście serii. Wiem, że takie zakończenie może wydać się banalne i wyświechtane, ale..

..wszelakoż cieszy jakoś taki banał. Lżej sercu, gdy komuś dola podarzy, miast wciąż ujmować.

 

Bookmark the permalink.