Steamworld: Heist – recenzja (PC)

Nigdy nie wkręciłem się w szachy. Niby wiem jakie są zasady, niby zagrałem kilka partyjek w swoim życiu, niby zabawa wciąga miliony ludzi na całym świecie, a mnie jakoś ta fascynacja ominęła. To o tyle dziwne, że ja po prostu kocham gry turowe gdzie od refleksu bardziej przydatna jest bystra makówka i umiejętność przewidywania konsekwencji swoich posunięć. Przy takich grach jak Heroes 3, Worms Armageddon, pierwsze Fallouty czy (wciąż świeże) Divine Divinity: OS spędziłem dziesiątki albo i setki godzin. W dzisiejszym tekście przekonamy się czy warto byłoby dopisać tu kolejną pozycję.


Steamworld: Heist to druga (po Steamworld: Dig) produkcja małego studia Image & Form spod znaku Maszyn i Pary. O ile pierwsza gra polegała głównie na kopaniu, rozwijaniu jednego bohatera, okazjonalnej walce i kończyła się po kilku godzinach o tyle Heist jest produkcją o wiele bardziej rozbudowaną. Ale po kolei.


Zacznijmy może od samego początku, czyli – jak w to grać?

Jesteśmy w alternatywnej rzeczywistości, gdzie zamiast ludzi mamy napędzane węglem roboty. Te zaś – całkowicie po ludzku – doprowadziły do zagłady Ziemi, która rozkopana aż do samego jąderka po prostu się rozpukła. Teraz ocalałe maszyny wędrują statkami po kosmosie poszukując najcenniejszego w Świecie Pary surowca – wody.

Rozgrywkę zaczynamy jako Kapitan Piper – rudowłosa robocica z własnym statkiem i dwuosobową załogą – pilotem Wonky oraz bosmanem Seabrassem. Po krótkim tutorialu oczom naszym ukaże się mapa kosmosu, a na niej dostępne misje, każda z miejscem na 1-4 gwiazdki. Te nazywane są reputacją i zdobywamy je za przechodzenie plansz – jeśli zrobimy to wzorowo dostajemy maksymalną punktację, jeśli zaś o czymś zapomnimy, albo któryś z naszych podopiecznych zostanie zezłomowany – wtedy wynik jest odpowiednio gorszy. Wspomniane gwiazdki przydają się potem przy odblokowywaniu kolejnych mapek. Całość jest rozwiązaniem znanym z małych popierdółek na telefony i z początku nie napawało optymizmem – obawiałem się, że zabawa okaże się mocno spłycona, co na szczęście nie miało miejsca.

Po wybraniu misji wpierw trafiamy na ekran załadunku – wybieramy grupę uderzeniową (od jednego do czterech w zależności od planszy), poziom trudnosci (jeden z pięciu) oraz ekwipunek dla naszych bohaterów w skład którego wchodzi pukawka (pistolety, strzelby, snajperki, wyrzutnie rakiet i granatów) oraz dwie inne zabawki. Te możemy dobrać spośród kilkudziesięciu różnych gadżetów – od pancerzy, poprzez granaty, aż po jetpack ułatwiający poruszanie się po mapie. Dla każdego coś fajnego.

Jako element bonusowy możemy również udekorować naszych podopiecznych gustownym kapelutkiem – te zdobywamy w sklepach, bądź zestrzeliwując je z głów przeciwników, co okazje się niezłym pomysłem i ciekawym motywem dla wszelkiej maści kolekcjonerów.

Oto i nasz statek wraz z załogą.

A to „pustka” kosmosu oraz przygody na nas czekające.

Sporo bohaterów i wylevelowania i masa lootu do zebrania. Me gusta!

Steamworld nabiera rumieńców już podczas samouczka, kiedy przekonujemy się jak fajnie twórcy podeszli do starć z przeciwnikami. Z początku wygląda to banalnie – szukamy osłon dla swoich towarzszy, następnie niszczymy wrogów z bezpiecznej pozycji. Sprawa komplikuje się kiedy zauważamy, że beczki za którymi się chowamy niszczeją po kilku strzałach, strzały rykoszetują, a wrogowie potrafią ściągnąć posiłki przez co nierzadko będziemy zmuszeni walczyć na dwa fronty.

Smaczku dodaje rozwój postaci i dochodzące przy okazji umiejętności. Czasami są to zdolności pasywne jak „Dowodzenie” u naszej Pani Kapitan – każdy kto stanie koło niej otrzyma bonus do obrażeń, z kolei farmerka Sally po zniszczeniu przeciwnika otrzymuje dodatkowy strzał. Innym razem są to konkretne skille do użycia w czasie bitwy, które nie raz i nie dwa potrafią uratować nam nasze cenne cztery litery. Dla przykładu osiłek Ivanski potrafi stać się niezniszczalny na jedną turę, Betty dysponuje siejącą zniszczenie wyrzutnią rakiet, zaś Fen niszcząc wrogów ładuje akumulator – jego rozładunek może zakończyć się samonaprawą albo efektowym wyładowaniem niszczącym wszystko co spotka na swojej drodze.

Misje są generowane losowo – zmienia się zarówno ułożenie planszy, wrogowie jak i łup zbierany po drodze. To sprawia, że chce się przechodzić te same mapki wielokrotnie, czy to szukając coraz to potężniejszych broni, czy też dla zwykłego expa.

Ostatnim elementem starć o którym nie można nie wspomnieć jest ich zręcznościowy charakter. Tak, nie macie zwidów – aby wyjść zwycięsko z każdej potyczki nie wystarczy tylko mądra głowa, wypadałoby mieć również zwinne palce. Otóż nasze parowe roboty nie potrafią ustać w spokoju i podczas celowania rusza im się ręka (chwytak?) przez co trzeba nie tylko dobrze wymierzyć ale i wcisnąć spust w odpowiednim momencie. Ułamek sekundy spóźnienia i granat zamiast trafić precyzyjnie we wroga, odbije się od ściany i wróci prosto do nadawcy!

Nie ma czegoś takiego jak punkty ruchu – pomarańczowa ścieżka pokazuje nam ile możemy przejść aby jeszcze oddać strzał. Ewentualnie możemy zdecydować się na sprint (niebieski) i tak zakończyć turę.

Na obrazku tego nie widać ale celownik się chwieje – źle oddany strzał i zamiast we wroga trafimy w czerwoną beczkę. A wszyscy wiemy do czego zdolne są czerwone beczki..

Przechodząc do oprawy audiowizualnej, już na wstępnie należy zaznaczyć, ze jest jak najbardziej przyzwoicie. Mamy tu do czynienia z miłym oku 2D lecz bez pikselartu. Dominują steampunkowe kolory – czerwonawa rdza i srebrny metal, z częstymi wstawkami z brązu, błękitu i pomarańczy. Jest to nie tylko bardzo czytelne ale i niesamowicie klimatyczne plus wyjątkowo łagodne dla naszego peceta. Dość powiedzieć, że na moim „atomowym kalkulatorze*” gra chodzi w FHD przy dość stabilnych 30fps – choć, żeby nie było – wpierw musiałem pozbyć się cieni oraz V-Sync, a podczas solidnych eksplozji ekran potrafi mocno klatkować przez parę sekund.

Jeśli zaś chodzi o muzykę to jest tak, że nie trzeba się wstydzić – bronie brzmią przekonująco, a towarzyszące zabawie nutki przyjemnie umilają złomowanie niemilców. To oczywiście nie jest poziom Heroes, gdzie niektóre motywy stały się popularniejsze niż symfonie Mozarta, ani Disciples 2 – w którym bitewne werble potrafiły przyśpieszyć puls dwukrotnie. W SW:H jest po prostu dobrze, choć nie łudźcie się, że zapamiętać którykolwiek z utworów po wyłączeniu gry.

(*)bo jest mały i jedzie na Intel Atomie, czaicie bazę? 😉


Nie ma się co oszukiwać – Steamworld nie jest Heroskami i nigdy nie osiągnie statusu kultowego. Nie zdobędzie również tak szerokiej rzeszy miłośników jak indycze perełki pokroju FTL, Stardew Valley czy choćby Hotline Miami. Ale mimo to mamy tu do czynienia z naprawdę porządnie wykonaną produkcją i – a to przede wszystkim – bardzo grywalną.

Taktyczna zabawa to nie jest ulubieniec każdego, ale wszyscy miłośnicy główkowania z miejsca pokochają Heista i spędzą przy nim kilkadziesiąt godzin maksując wyniki i levelując wszystkich bohaterów po kolei. Gra ma syndrom „jeszcze jednej mapki” i raz posadziwszy dupsko przed monitorem naprawdę ciężko się oderwać. SW:H na chwilę obecną kosztuje zaledwie $1 (!!!) w Humble Bundle – za taką cenę grzech nie skorzystać!

Ocena +4

A na zakońćzenie wszystkim miłośnikom steampunku polecam zespół Abney Park – wszystkie albumy znajdziecie na Spotify. Naprawdę warto się zapoznać!

Bookmark the permalink.