Smartbuty Xiaomi Amazfit v.2

W dzisiejszym odcinku będzie lafstajlowo. Kubson pokaże wam jak ubrać się z duchem czasu, tak aby było feszyn, trendy i bez obciachu! Zazdrość kolegów oraz pożądanie w oczach koleżanek w gratisie!

Tyle razy już wam opisywałem jakie to cuda Xiaomi ma swojej ofercie, że już mnie to nudzi i dzisiaj przejdę od razu do sedna – otóż kupiłem sprytne buty od w/w producenta.

W całym swoim życiu próbowałem różnych „adidasków”, zarówno tych niemieckich, faktycznie marki Adidasa, jak i innych – nazywanych tak już zupełnie niezasłużenie, magią mowy potocznej. Przez ten czas doszedłem do czterech wniosków:

  1. Nigdy nie będę wystarczająco ‚cool’ na ekstrawagancję Adidasa czy New Balance.
  2. Nike wyglądają świetnie, ale mają twarde podeszwy i szalejącą numerację.
  3. Reebok zna moje stopy jakby był moim własnym masażystą.
  4. Nie kupować od mniej znanych producentów, bo to szajs!

Jak to się mówi: „tylko krowa nie zmienia zdania” i rok temu postanowiłem poddać czwarty punkt próbie decydując się na zestaw Xiaomi-Huami (lub międzynarodowo: „Amazfit”) pierwszej generacji. Nie miałem wygórowanych potrzeb – ot proste sportowe buty na bieganie i spacery. 199 chińskich juanów (około 120zł) wydawało się być uczciwą kwotą, tym bardziej, że w ramach bonusu otrzymałem również wyposażony w smart-funkcje dongle (dla miłośników języka polskiego w dalszej części artykułu będę się również posługiwał swojskimi zamiennikami: „dzyndzel” oraz „dyngs”).

Po roku wciąż da się w nich chodzić, ale trudno powiedzieć aby wciąż wyglądały reprezentatywnie.

Buty sprawdziły się i wyrobiły dobrą opinię dla swojego twórcy. Przewiewne i lekkie, dobrze stabilizowały stopę, zaś podeszwa mięciutka jak podusia w niemowlęcej kołysce – aż się chciało chodzić, MiBand liczył kilometry jak szalony! Z minusów – bieżnik był taki jakby go nie było – po deszczu mój chód bardziej przypominał gwiazdy tańczące na lodzie, aniżeli prawilny marsz. Ponadto, z nieznanych mi przyczyn, moje paluchy po kilku miesiącach zaciętych walk przebiły się na wolność – rzecz, która jeszcze nie zdarzyła mi się w jakimkolwiek innym obuwiu. Ale koniec końców – „MiAdidaski vol.1” to porządna rzecz, warta polecenia.

Jak zatem wypadł ich następca?

But wygląda porządnie, ładna kompozycja czerni i bieli.

Po bokach gumowane wstawki z małym, nierzucającym się w oczy logo producenta.

Materiał świetnie „oddycha” ale jednocześnie przepuszcza wodę jak bibuła.

Czego oczekujemy od obuwia sportowego?

  • fajnego wyglądu;
  • wygody;
  • stabilności;
  • wytrzymałości;

Używając szkolnej skali ocen – za „dizajn” daję mocną czwórkę (starszym dałbym max 3+), gdyż prezentują się po prostu dobrze. Klasyczna kolorystyka bez ekstrawagancji, wąski krój podeszwy (nie lubię kiedy buty wyglądają jak płetwy), do tego – ogólnie rzecz biorąc – wydają się kosztować więcej niż za nie zapłaciłem. Dodatkowy plus za to, że nie szczują firmowym znaczkiem jak to często np. Nike mają w zwyczaju.

Za wygodę równa czwórka i tutaj mamy delikatny regres w porównaniu z poprzednikiem. Tam całość – zarówno podeszwa jak i okalający ją materiał były nieco bardziej miękkie oraz elastyczne, z łatwością dało się wsunąć stopę w but bez wcześniejszego rozsznurowywania. Wciąż jest nieźle, ale do biegania (po równej, suchej powierzchni) polecałbym jednak pierwszą generację.

Stabilność jest tą cechą gdzie najłatwiej dostrzec poprawę w stosunku do zeszłorocznego modelu. Wystarczy tylko rzut oka na bieżnik i już możemy się domyślać, że co jak co, ale wywalić się nie będzie łatwo. Nieco niezamierzenie przetestowałem to schodząc górską ścieżką w czasie deszczu – pomijając już całkowite przemoczenie obuwia to odnośnie trzymania się nawierzchni czułem się jakbym miał na sobie jakieś dobre trekkingowe trzewiki, a nie adidaski do biegania. Piątka!

Odnośnie wytrzymałości, jak się domyślacie, ciężko jeszcze cokolwiek powiedzieć – buty mam od sześciu tygodni (i jakiejś setki przechodzonych/przebiegniętych kilometrów) i po tym czasie nie widać większych śladów zużycia. Bieżnik lekko starty, ale materiał i klej dobrze trzymają – jestem dobrej myśli. Taki typ buta z reguły starcza na rok użytkowania i tu jestem prawie pewny, że Huami osiągną podobny wynik, o ile nie lepszy. Cztery.

Pierwszy model prawie nie miał bieżnika, dobrze się w tym biegało po asfalcie, ale na mokrym – tragedia. Nowa wersja została znacznie ulepszona pod tym względem.

Producent chwali się zastosowaniem najnowszych technologii przy produkcji swojego obuwia.

No dobra, ale jasne jest, że mało kto z was wpada tutaj poczytać o ciuszkach i modzie, przejdźmy zatem do głównego bajeru, czyli wspomnianego wyżej dzyndzla.


Dno. I jeszcze trochę mułu.

Tak można opisać smart-funkcje tych butów w pięciu słowach. Poważnie, ten dyngs bardziej pełni rolę „chłytu matetindowego” niż czegoś co faktycznie się przydaje. Jedyną jego umiejętnością jest zliczanie dystansu przebytego TYLKO w tych butach co już na starcie stawia go daleko za MiBandem, czy jakąkolwiek inną opaską/smartwatchem, które przecież mamy przy sobie praktycznie przez cały czas. W sumie to sam nie wiem czego się spodziewałem po tym gadżecie, ale mogli tam chociaż zamontować jakiś prędkościomierz, bo obecnie nieważne jakim sprintem pobiegnę – aplikacja i tak pokazuje mi demotywujące „slow walking„.

Jedyne plusy jakie udało mi się znaleźć to współpraca z aplikacją od Xiaomi – nie trzeba instalować żadnego dodatkowego bloatware’u, oraz wymienna bateria CR2032, która starcza na kilka miesięcy pracy. Tu jednak pożalę się, że przydałoby się jakieś powiadomienie o niskim stanie napięcia na akumulatorze, bo ostatni tydzień przechodziłem na „flaku” nie mając o tym żadnego pojęcia. Dzyndzel synchronizuje się z appką tylko manualnie – po wybraniu takiej opcji przez użytkownika, a dodatkowo trzeba trochę poruszać butem aby włączył się tam bluetooth.

Buty kupiłem za 199CNY w wersji bez dongla, gdyż przełożyłem ten ze starszego modelu. Trzeba jednak napisać, że nowa generacja obuwia promowana jest z kolejną wersją dyngsa, która może być lepsza niż to co tutaj opisałem. Żeby jednak to sprawdzić, to do ceny samego obuwia trzeba doliczyć kolejne 49 juanów za gadżet.

Dzyndzelek jest mały i ma swoje miejsce pod wkładką.

Oba buty są skonstruowane podobnie, aczkolwiek w nowych miejsce na dongla jest dość kiepsko wykrojone i trzeba się trochę siłować przy wkładaniu dyngsa.

Funkcje smart ograniczają się do tego jednego ekranu – widać naszą aktywność W TYCH BUTACH w ciągu dnia.

Nie będę się rozwodził za długo w podsumowaniu – ot porządne sportowe buty z kompletnie nietrafioną funkcją smart, która nawet w ramach ciekawostki sprawdza się wyjątkowo kiepsko. Musicie jednak wiedzieć, że o ile elektronika w Państwie Środka potrafi być rozkosznie tania, to inne dobra – takie jak właśnie buty popularnych zagranicznych marek kosztują wielokrotność tego co w Polsce. Dlatego właśnie propozycja Amazfita w Chinach jest świetną ofertą, ale jednocześnie niespecjalnie polecałbym importowanie tego obuwia z Azji – po doliczeniu przesyłki i przewalutowaniu z portfela może zniknąć dwie i pół stówki, a to już są pieniądze za które można dostać coś znacznie bardziej stylowego.

Buty Xiaomi-Amazfit drugiej generacji dostępne są w sklepie Gearbest.

W ofercie Amazfita jest również ten model w innej kolorystyce jak i parę innych rodzajów obuwia, ale do różnorodności topowych producentów jeszcze daleeeka droga.

Do zestawu można też dołożyć sportowe skarpety. Bez funkcji smart.

A tu mała pomoc dla tych z was, którzy jednak chcieliby kupić sobie obuwie od Xiaomi. Moja stopa ma 27.5cm długości i taka wkładka jest bardzo wygodna – wg numeracji producenta jest to numer 44.

Bookmark the permalink.