Renowacja 12: Murowanie

Chociaż fundamenty są solidne, a ściany chronią wnętrze z każdej ze stron to zmysł estetyczny oraz potrzeba wyrażenia samego siebie pchnęły mnie do poprzestawiania paru pustaków. To co wcześniej zniszczyłem teraz będę musiał odbudować.

Ostatnio pisałem o demolce, teraz zaś będzie co nieco o murarce i tynkowaniu. Podsumowując szkody powstałe w czasie ostatnich kilku miesięcy prac było to:

  • zamurowanie prawej strony wnęki drzwiowej do salonu
  • zamurowanie przestrzeni powstałej przy podniesieniu poziomu dachu
  • zamurowanie miejsca gdzie wcześniej była luksfera
  • wypełnienie ubytków w tynku
  • zrobienie szpalt okiennych

Zacząłem od strychu i pustej przestrzeni pomiędzy nową blachą, a ścianą domu. Tak na marginesie to tutaj byłem trochę niemile zaskoczony, bo płacąc małą fortunę za dach myślałem, że zrobione zostanie wszystko z nim związane, a tu zonk. Tu trzeba powkładać pustaki, tam deski, gdzie indziej uszczelnić pianką, o podbitce nawet nie wspominając.

Do pracy potrzebowałem gazobetonu pianowego oraz wyrzynarkę z odpowiednim brzeszczotem do cięcia na wymiar. Do tego kilka worków zaprawy murarskiej, mieszadło i kielnia. Pod koniec musiałem wyposażyć się jeszcze w drabinę, ale tak ogólnie to praca nie była zła i udało mi się wyrobić w trzy dni bez zbytniej spiny.

Następnie przyszła pora na dawne okienko pomiędzy kuchnią i łazienką. Tutaj w sumie mogłem to nawet zostawić puste, bo i tak zakryję płytą gipsową, ale na pełnej ścianie solidniej się będą trzymać szafki kuchenne. A jako, że zostały mi docinki pustaka z pracy na piętrze (i to dokładnie na taki wymiar jak trzeba!) to już nie miałem żadnej wymówki.

Teraz przyszła pora na wnękę drzwiową w salonie. Podobnie jak wyżej mogłem pójść po linii najmniejszego oporu i zakryć ubytek regipsem, ale trochę bałem się o wytrzymałość stropu, bo to w końcu ściana nośna. Zatem to co wyciąłem z prawej strony, pieczołowicie doklejałem z lewej. A żeby trzymało dobrze to jeszcze zamiast taniej zaprawy użyłem znacznie droższego kleju gipsowego.

Kiedy zabawa z pustakami dobiegła końca przyszła pora na tynki. Tak jak już pisałem wcześniej – miałem z nimi sporą zagwozdgkę, bo ani specjalnie dobrze się nie trzymały, ani nie miały pionu na całej długości. Skuwać tego wszystkiego mi się nie chciało, bo to czas, trud, gruz no i spore koszta, więc poszedłem na kompromis i wykruszyłem tylko to co było ewidentnie popsute.

Tam gdzie były pęknięcia – wyciąłem kątówką, skułem i obrzuciłem świeżym tynkiem. Tam gdzie ściana nie trzymała już żadnych norm – zdjąłem wszystko do gołego pustaka i później zasłonię to karton-gipsem.

Bookmark the permalink.