Po latach: Creative Zen Stone

Na początku było słowo. Potem ktoś zauważył, że uderzając o siebie kamieniami można dodać beat i pojawiła się piosenka. Dalej już poszło z górki – bardowie, trubadurzy, kapele, pierwszy woskowy walec z nagraną muzyką, radio, winyle, kasety, płyty.. A kiedy już zaczęliśmy podejrzewać, że następne po nich empetrójki są nieśmiertelne – pojawił się streaming i na nowo zdefiniował słuchanie muzyki.

 

Ale nie o Spotify czy Deezerze będzie ten tekst, a właśnie o popularnych onegdaj przenośnych odtwarzaczach formatu mp3, tak licznych w czasach gdy moje pokolenie chodziło do podstawówki/liceum. Wtedy mało kogo z nas – szczyli stać było na telefon komórkowy (Nokia 3310 to był wydatek 1700zł! A trzeba dodac, że wtedy 1700zł było warte jakieś dwukrotnie więcej niż obecnie..) i kiedy nagle pojawiły się tanie, chińskie odtwarzacze muzyki zasilane bateryjką AAA dla wielu był to pierwszy kontakt z technologią przyszłości.

Kiedyś każdy miał taki odtwarzacz (źródło: diytrade.com)

Kiedyś każdy miał taki odtwarzacz (źródło: diytrade.com)

Chociaż popularne wtedy 128 czy 256MB dostępnej pamięci dziś wywołują tylko uśmiech politowania – było to dokładnie tyle ile potrzeba – starczało na około 40 piosenek w wystarczającej jakości. A jeśli dodamy do tego miniaturowe rozmiary, 5-7 godzin pracy na baterii i ceny oscylujące w okolicach akceptowalnych 100zł otrzymywaliśmy sprzęt godny swojej epoki. Choć, oczywiście, dzisiaj myśląc o mp3 większość wizualizuje sobie sztandarowych przedstawicieli tj. iPod od Appple czy różne modele z fabryk Sony.

Creative Zen Stone

Creative Zen Stone

Ale przejdźmy do bohatera dzisiejszego wpisu – Kamyka od Creative. Kiedy przeszła pierwsza fala podniety tanimi odtwarzaczami z chińskich dziecięcych manufaktur, smarkaczom przybyło parę centymetrów tu i ówdzie, a postępująca inflacja wpłynęła na kieszonkowe w wystarczający sposób by podnieść stopę życia nastolatka, zaczęliśmy się rozglądać za czymś lepszym – nagle bardziej od użyteczności zaczęła się liczyć marka i wygląd. Jedni poszli w stronę telefonów z wbudowanym odtwarzaczem, inni uwierzyli w magię Apple i stali się pierwszymi hipsterami (tymi najlepszymi, bo robili to zanim się stało modne), a jeszcze inni – w tym Autor – rzucili się w odmęty internetu w pościgu za empetrójką doskonałą. Empetruum perfectam.

Stanęło na Creative Zen Stone – dość kontrowersyjnym modelu z 1GB pamięci i..  bez wyświetlacza! Wszystko trzeba było robić „z pamięci” – odtwarzacz był doprawdy maleńki, wyposażony w zaledwie kilka podstawowych przycisków i suwak pozwalający na wybór trybu słuchania – losowo, lub po kolei. I to wystarczyło!

Stone Plus - z ekranikiem i funkcją radia

Stone Plus – z ekranikiem i funkcją radia

Potrzebna była małą zmiana przyzwyczajeń – od teraz wygodniej było nosić leciutkiego Kamyka na szyi niż w kieszeni. Siedem do ośmiu godzin nieprzerwanej pracy na baterii, duża wytrzymałość na upadki i wilgoć, stabilna praca, dobra jakość* – urządzenie, choć miało tylko jedno zastosowanie, robiło to doskonale. Kupione bodajże 7 lat temu wciąż działa i – co niesłychane – wciąż nie widać ubytku czasu pracy na wbudowanym akumulatorze!

Player jest uroczo malutki

Player jest uroczo malutki

A jak sprawdza się w starciu z największym wrogiem mp3 – streamingiem? Jest impas. O ile będąc w domu i ciesząc się pakietem mobilnego internetu wolę podłączyć słuchawki do smartfona i na bieżąco wybierać utwór na który przyjdzie ochota za pomocą Spotify to już w żadnym wypadku nie zdecydowałbym się na to przy wyjeździe za granicę. Pomijając nawet fakt, że przy wypadach w  dalekie strony preferuję zamiast krótkodystansowego smartfona wziąć ze sobą zwykłą komórkę z kilkutygodniową baterią, a ta nie ma wejścia minijack i musiałbym korzystać z dołączonych, znacznie gorszych słuchawek, to bez internetu Spotify traci wiele ze swojej atrakcyjności. Nagle okazuje się, że lepiej zawczasu przygotować swoją ulubioną playlistę, wgrać na Stone’a, nie przejmować się zasięgiem i wygodnie – bo bez patrzenia – przełączać się pomiędzy utworami w trasie, niż użerać się ze smartfonem, który lubi od czasu do czasu się zawiesić, musi dzielić baterię między muzykę i połączenia, a wbudowaną pamięć między system i dane. Mówiąc skrótowo i na wzór Jobsa – Kamyk jest „magiczny” cały czas, a z telefonem trzeba się czasem użerać.

Kamyk i dock z głośnikami

Kamyk i dock z głośnikami

Co zatem kiedy w końcu przyjdzie ŚMIERĆ EMPETRÓJEK (Terry, spoczywaj w spokoju) i odbierze mi wieloletniego towarzysza podróży? Czy definitywnie przeniosę się ku smarfonowi czy zacznę szukać lepszego zamiennika? Myślałem już kilkakrotnie nad kupnem wodoszczelnego odtwarzacza – jako fan wypadów na basen ciekawi mnie jak pływałoby mi się pod wpływem muzyki, więc jest to pewien plus przemawiający za stricte playerami. Inna opcja to przesył dźwięku poprzez kość czaszki – na tej zasadzie działać miały np. Google Glass – choć szczerze wątpię, że ta metoda miałaby w ogóle jakiś start do dobrych słuchawek.

Tak naprawdę marzy mi się smartwatch skupiający się na odtwarzaniu muzyki – z mechanicznymi przyciskami odpowiadającymi za najważniejsze funkcje playera – by móc obsługiwać go bezwzrokowo, wodoszczelny, z bezprzewodowymi słuchawkami dokanałowymi (choć martwi mnie to, że bluetooth obecnie zbyt często ma problemy z sygnałem by słuchanie muzyki mogło być komfortowe – przydałaby się tam jakaś pamięć i wstępne buforowanie). Takiemu gadżetowi, o ile swoją podstawową funkcję – odtwarzanie muzyki właśnie, spełniałby wzorowo, byłbym w stanie wybaczyć wiele – nawet jednodniowy czas pracy na baterii.

Kamyk i słuchawki ES18, które mocno polecam

Kamyk i słuchawki ES18, które mocno polecam

Tym niemniej, póki Kamyk żyje nie znajduję najmniejszych powodów do wymiany – jest to świetne urządzenie, a biorąc pod uwagę ile ze mną przeszło zasługuje tylko na jedną notę. Najwyższą.

 

Ocena 5

 

(*)tak wiem, dla audiofili produkty Creative są równoznaczne ze sprzętem dla biedaków, ale dla przeciętnego Raczkowskiego stoją kilka klas wyżej od tandety noname. I wystarczy.

Bookmark the permalink.
  • Też mam takiego i mogę się tylko z Tobą zgodzić. Sprzęt pierwsza klasa i nie do zajechania:) Nie policzę treningów, przerzuconych ton i tysięcy km gdy wiernie i najważniejsze bezproblemowo mi towarzyszył. Nigdy się nie zawiesił, nigdy nie odmówił posłuszeństwa a bateryjka po wielu wielu latach wystarcza wciąż na parę godzin muzyki.

    • Wiem, genialne urzadzenie – tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego teraz, jakies 2 miesiące po tym kiedy zgubiłem je gdzieś na Syberii w okolicach Bajkału. Potem na szybko kupiłem coś taniego noname ale mimo znośnej jakości dźwięku konstrukcja jest tak nieprzemyślana, że aż strach (np. przyciski zbyt blisko siebie – wciskam od razu 2). W najbliższym czasie postaram się nabyć cos od Sandiska, podobno dość polecany jest wśród producentów mp3ek.

      • Ostatnio zdechły mi słuchawki i zamiast wydać 60/70 na słuchawki kupiłem na alegroszu Sansa Clip Sport 4GB. Całkiem całkiem…gra lepiej niż Stone, ma klips…ale po cholerę mi ten wyświetlacz??? 😀 No i ergonomia też nie do końca taka jak być powinna bo czucie przycisków na „ślepo” nie jest takie idealne jak w creativie. Ale daje radę, idzie się przyzwyczaić…mogę polecić. Zapłaciłem 119 zł za refurbished OEM-bez pudełka.

        • Też właśnie myślę o tym modelu – ważne jest dla mnie złącze microusb, by nie potrzebować osobnego kabelka. No i bateria na całą dobę.. I karta mSD żeby łatwo wymieniać pliki.. Jak kupie to opiszę