Lineage 2: Revolution – recenzja gry (Android)

Nie wiem, czy próbowaliście kiedyś jakiegoś masowego multiplayerowego erpega (w skrócie: mmorpg), ale nawet jeśli nie to zakładam, że wiecie o co w tym chodzi. Takie tytuły świetnie spisują się na dużych ekranach domowych komputerów, ale czy równie wygodnie dałoby się grać w to na urządzeniach mobilnych? Już dzisiaj Lineage 2: Revolution pomoże nam odpowiedzieć na to pytanie.

Dawno, dawno temu, w epoce w której dzieciaki wciąż jeszcze wiedziały do czego służy piłka, Internet do domu nosiło się wiadrami, a iPhone był jedynie tematem mokrych snów Steve’a, na świat przyszły gry mmo. Nieznana w Polsce Ultima, a potem prosta i szalenie popularna Tibia, World of Warcraft i liczne jego klony. Były to mroczne czasy w których niżej podpisany i jemu podobni doskonalili techniki maskowania rodem z filmów szpiegowskich. Wszystko po to aby udało się włączyć komputer i trochę „popykać” w czasie kiedy rodzice myśleli, że już słodko śpimy. I tak każdego dnia, aż do porzygu.

Czy wersji mobilnej uda się przywrócić te czasy?

Dlaczego mmo były takie uzależniające?

Podejrzewam, że odpowiedź „bo były fajne” was nie usatysfakcjonuje dlatego podejdźmy do tego od strony psychologii:

  1. Po pierwsze – hazard. Może nie ten znany z kasyn i pokerka, ale zasada była podobna, gdyż rozchodziło się o nagrodę i prawdopodobieństwo na jej otrzymanie. Godziny grindu, albo klanowy rajd na bossa potrafiły zaprocentować nowym pancerzem, albo chociaż elementami niezbędnymi do jego samodzielnego wykucia. To dawało zastrzyk z endorfin i zachęcało do częstszych wizyt.
  2. A propos kucia (bardziej znanego jako crafting) – jeśli komuś obca była żyłka hazardzisty, to być może wolał kolekcjonerstwo – ulepszanie elementów ekwipunku, kompletowanie zestawów uzbrojenia, zbieractwo gratów po by następnie przemielić je w coś interesującego i jeszcze bardziej dopakować swoją postać.
  3. Znajomi. Mimo, że teoretycznie mmorpgi były skierowane do każdego, to praktycznie stały się domeną ludzi którzy.. jakby to ładnie ująć.. nie mieli zbyt interesującego życia towarzyskiego. Dość powiedzieć, że z nich właśnie wzięło się sarkastyczne pojęcie „nolife’a”, czyli kolesia który tylko siedzi i gra w te głupie gry. Ale jako, że natury nie oszukasz, bo jednego człowieka zawsze ciągnie do drugiego i nawet najwięksi introwertycy mają czasami ochotę sobie pogadać to gry mmo trafiły na podatny grunt i zaczęły rosnąć w siłę.

Jak zabić kogoś kto nie ma życia? Źródło: South Park.

No dobra, my tu pitu pitu o starych dobrych czasach, a przecież mamy drugą połowę 2018 i już dawno mmo ustąpiły pola swoim młodszym oraz modniejszym braciom: mobie oraz battle royale. Czy zatem wciąż warto spojrzeć łaskawszym okiem na onlajnowe erpegi?


Lineage 2

Z Lineage’m spotkałem się po raz pierwszy na studiach. W domu w końcu pojawiło się stałe łącze i człowiek szukał różnych sposobów na wykorzystanie tej nielimitowanej potęgi. W ruch poszły torrenty, lokalne chatroomy oraz Tibia.

Ta ostatnia nie została ze mną na długo – co prawda spodobała mi się idea, ale szybko odrzuciło chamstwo innych graczy. Zrozumiałem, że potrzebuję gry „elitarnej”, takiej z limitowanym dostępem, gdzie ludzi jest mniej, ale – właśnie dzięki temu – panują tam jakieś zasady i szanujemy się nawzajem. Padło na Lineage 2 działające na nieoficjalnym serwerze „L2-Aurora”. Był to strzał w dziesiątkę!

Szybko opanowałem zasady gry, poznałem paru znajomych i dołączyłem do klanu, gdzie po jakimś roku zostałem liderem i sprawowałem niepodzielną władzę aż do samego zakończenia przygody z L2. Były to piękne czasy kiedy „rolplejowaliśmy” we wspólnym gronie, pomagaliśmy sobie wzajemnie, toczyliśmy wojny i udzielaliśmy się na forum serwera razem dbając o jego rozwój.

Większość ludzi była podobna mi wiekiem i to co na początku było atutem w końcu przekształciło się w przekleństwo i sprawcę upadku Aurory. Ludzie kończyli studia, znachodzili pracę, zakładali rodziny, płodzili dzieci i tracili czas na granie. Dzisiaj po Aurorze nie zostało nawet forum i przyznaję, że to trochę smutne, budzi nostalgię i powoduje pustkę, którą chciałoby się jakoś wypełnić.

Mapa L2: Revolution oferuje znajome lokacje. To dobry znak.

To właśnie powyższe kierowało mną kiedy ściągałem, a następnie instalowałem mobilną wersję hitu sprzed lat. Czego się spodziewałem?

Nie miałem złudzeń, że będą bawił się tak dobrze jak kiedyś. Chciałem zobaczyć co pozmieniano, co zostawiono i czy nadal w tym czuć duch starego „Lajnejdża”. Tak między nami to zbyt mocno w to nie wierzyłem, oczekiwałem wydmuszki stworzonej – jak większość wysokobudżetowych aplikacji mobilnych – w jednym celu.

Naciąganiu ludzi na mikrotransakcje.

Pierwsze na co należy patrzeć w darmowych grach to sklep. Z ofert i cen można wiele wydedukować.

Lineage 2: Revolution

Uruchamiam ikonkę gry*. Po logosach oczom mym pięknym ukazuje się menu, ale na szczęście można skorzystać z loginu Google i szybko przejść do wyboru konkretnego serwera (w moim przypadku na chybił-trafił) oraz kreatora postaci.

Tutaj pierwszy zonk, gdyż z mnogości ras i klas w pierwowzorze ostali się tylko nieliczni bohaterowie o z góry ustalonej płci. Tak, że mroczny elf może być tylko facetem, zaś krasnolud tylko dziewczyną (a raczej dziewczynką). Trochę słabo bo zawsze lubiłem grać brodatymi kurduplami, a tak musiałem zdecydować się na mangową liliputkę.

(*) z włączonym uprzednio VPN-em, gra dysponuje serwerami na całym świecie, aczkolwiek nie można się połączyć z europejskim logując się z Azji. Mi jednak zależało na sprawdzeniu gry w polskich warunkach.

Z konieczności byłem zmuszony wybrać słodką dziewczynkę zamiast brodatego dziadka. Ech..

Historii nie ma co opowiadać, bo niby jakaś tam się w tle rozgrywa, ale jest tylko pretekstem do tworzenia zadań w stylu „porozmawiaj z tym gościem” albo „zabij 10 wściekłych królików”. Ale to standard w tego typu grach i nie poczytuję tego za minus. Minus, jakim niewątpliwie jest startowa lokacja – jednakowa dla każdej z ras (ludzie, elfy, mroczne elfy oraz krasnoludy). W oryginale każda z nich miała własną, dopasowaną klimatycznie wioskę wraz z tematem muzycznym. Tutaj autorzy poszli na łatwiznę i trochę szkoda. Bardzo mi zapadła w pamięć górska osada krasnoludów, cała zasypana śniegiem.

Tak ogólnie to największa zmiana w stosunku do oryginału to ograniczenie swobody poruszania się. Tam można było pójść od razu gdzie nam się żywnie podobało – zupełnie jak w takim na przykład Skyrimie. Tutaj zamiast jednej rozległej mapy otrzymujemy małe plansze oraz lochy/instancje.

Tak wygląda pojedyncza plansza – z lewej do prawej można przebiec w minutę. Przygotujcie się zatem na częste ekrany ładowania.

Kolejna różnica w stosunku do pecetowego brata to dewaluacja wartości ekwipunku. Kiedyś zdobycie dobrego pancerza to było wyzwanie i powód do szukania klanu. Obecnie wypełnianie questów zapewnia stały dostęp do masy różnych gratów z którymi z początku nie wiadomo co robić. Potem orientujemy się, że lepszy oręż otrzymujemy tu nie tyle z craftingu*, co z ulepszania już posiadanego. Kończy się na tym, że dziennie można zebrać i po kilkadziesiąt sztuk broni/zbroji, które następnie przepalane są na nowe poziomy codziennie używanego osprzętowania.

Kuźnia to jednak nie jedyny sposób aby dopakować naszego herosa. Równie dobrze możemy tracić złoto (tutaj nazywane „adena”) u alchemika tworząc eliksiry permanentnie podwyższające statystyki, albo ulepszając runy. Wszystko jednak sprowadza się do pogoni za magicznym smokiem, którego nie da się złapać. Jeśli za bardzo wzmocnisz postać to i tak zaraz twórcy podsuną ci wyzwanie na które okażesz się za słaby. Grindujesz więc dalej aby tylko wymaksować cyferki i tak dalej. W koło Macieju.

(*) tylko do najlepszych cacuszek (poziom „UR”) wymagany jest przepis i części

Runy to jeden z kilku sposobów na polepszenie statystyk. Moim zdaniem trochę to przekombinowane, zupełnie jakby twórcy chcieli stworzyć pozory, że gra jest bardzo rozbudowana. Do oryginału jej jednak daaaleko.

Można też ulepszać skille, których niestety jest mało i z reguły służą tylko do ataku.

Z początku tego nie zauważyłem, ale im dalej posuwam się w rozgrywce i im więcej opcji poodblokowuję tym bardziej czasochłonne stają się codzienne aktywności. Są oczywiście zabawy „na pięć minut” ale z czasem pojawia się tego naprawdę sporo i jak się człowiek raz da wciągnąć to aż żal potem odpuszczać, bo przepadną cenne nagrody i dzienne bonusy. Pozwólcie, że dla przykładu wymienię tylko kilka:

  • codzienne instancje solo oraz drużynowe pomagające skompletować sprzęt i zarobić trochę kasy;
  • zadania na ubijanie potworków za które dostaje się sporo doświadczenia;
  • lochy na różne poziomy postaci gdzie można znaleźć drużynę i trochę pogrindować;
  • zadania okolicznościowe (eventy), które jeszcze bardziej angażują społeczność gry;
  • i jeszcze trochę pierdółek tj. otwieranie otrzymywanych tu i ówdzie lootboxów czy kolekcjonowanie i ulepszanie posiadanych wierzchowców.

Co z początku wydaje się dziwaczne, a z czasem okazuje jedyną rozsądną opcją – L2: Revolution to samograj. Poważnie. Jeśli, dajmy na to, otrzymujemy zadanie zabicia 20 niedźwiedzi to po prostu klikamy „Akceptuj”, a nasz heros sam pobiegnie tam gdzie trzeba, rozprawi się z miśkami i wróci po nagrodę. Tu również pojawiają się mikrotransakcje umożliwiające jeszcze większą automatyzację procesu i postawienie na całkowitą bezobsługowość. Można oczywiście postawić na samodzielną eksplorację, ale przydaje się to tylko na czas eventów i okazjonalnych walk z bossami. W innych przypadkach lepiej postawić na sztuczną inteligencję oraz skrypty, gdyż zastosowany model walki potrafi szybko znudzić gracza.

Granie w L2:R polega na wybraniu questa i zostawieniu gry samej sobie. W sumie ma to sporo zalet, ale walka jest nudna i nie oferuje żadnej taktyki.

Ten plus, że grafika przynajmniej cieszy oczy, a projektanci poziomów zaprezentowali nam różne, ciekawe miejscówki: lasy i lochy, pustynie i bagna, wieże i magiczne wyspy. Ale śniegu brak.

Z opisaną wyżej funkcją wiąże się też kolejna różnica – i w moim mniemaniu – największa wada mobilnej odsłony, czyli jednorodność bohaterów. W skrócie – każdy jest zabójcą, tzw. DD – „damage dealerem”.

Oryginał był pod tym względem znacznie bardziej rozbudowany oferując różne style rozgrywki w zależności od wybranej postaci. Wybierając „Healera/Buffera” mogliśmy postawić na powolną zabawę i wsparcie reszty drużyny. Zazwyczaj znalazł się czas na pogawędkę oraz poza-growe aktywności (rzecz jasna – pomijając rajdy, kiedy to właśnie Healer miał najwięcej do roboty). Można było również grać tankiem, albo krasnoludem – kowalem, który odpowiadał za klanowy ekwipunek. Było różnorodnie, interesująco, a mnogość umiejętności dawała pole do popisu dla młodych taktyków. W mobilce tego nie uświadczymy – jest pięć skilli na krzyż, z czego cztery to ataki i tym się baw. Niby Bufferzy mają coś jeszcze, ale tak po prawdzie wiele to nie zmienia – na pececie postać bez magii wspomagającej była dwukrotnie słabsza niż z, tutaj różnica liczona jest w pojedynczych procentach.

Można też walczyć z innymi graczami, ale tu bardziej chodzi o nagrody za udział aniżeli satysfakcję z dobrze przeprowadzonej bitwy. Zasady są proste – kto ma wyższe cyferki ten wygrywa.

 

Czy Lineage 2: Revolution to dobra gra? – TAK
Czy można nieźle bawić się bez płacenia – TAK
Czy godnie zastępuje prawdziwe MMO – NIE

Tak w skrócie mógłbym podsumować tę recenzję – jest dobrze, ale bez szału. Jeśli jesteście przyzwyczajeni do klasycznych mmo i tego samego oczekujecie od L2:R to się zawiedziecie. Ale jeżeli chcecie od czasu do czasu zabić nudę to w sumie czemu nie – gra daje radę i można spróbować. W końcu instalacja nic nie kosztuje.

Ocena 4

Przy okazji – właśnie gry takie jak L2:R pokazują wyższość tabletów nad smartfonami. Osobiście ogrywałem tytuł na najnowszym MiPadzie od Xiaomi i wam też polecam takie podejście do tematu. Gra chodziła płynnie w najwyższych możliwych ustawieniach graficznych.

Są również wierzchowce – konia i niedźwiedzia otrzymujemy gratisowo, ale bez płacenia zebranie gratów na takiego lwa potrwa całe wieki.

Na sam koniec porady dla początkujących:

  • lepiej nie grajcie na waszym podstawowym telefonie, bo gra potrafi się wyłączyć podczas przełączania do innych aplikacji, lepiej byłoby mieć inne urządzenie, na którym mogłoby to chodzić przez dłuższy czas;
  • nie tyle poziom jest ważny co CP (Combat Points), które określają naszą rzeczywistą wartość bojową, możemy je zwiększyć lepszym ekwipunkiem, wzmocnieniem skilli, eliksirami, runami itp.
  • zdobywanie nowych poziomów z kolei owocuje prezentami w postaci waluty. Z początku będzie tego tyle, że nie wiadomo na co wydawać, ale z czasem adena stanie się bardzo limitowana, więc nie wydawajcie jej na głupoty!
  • jeśli dziennie macie tylko godzinę na grę to zróbcie instancje (zakładka „Dungeons” – najważniejsze są Adena Vault oraz Tower of Insolence) i tyle, potem ewentualnie możecie zostawić grę samopas – niech questy na doświadczenie porobią się automatycznie jak wy będziecie zajęci czymś innym;
  • dobrze też logować się regularnie – bonusy za to są dość spore;
Bookmark the permalink.