Jestem nosicielem. Recenzja opaski Xiaomi Mi Band 4.

Pierwszy Mi Band okazał się ciekawym uzupełnieniem telefonu, ale miał poważną wadę – brak wyświetlacza. Zostało to poprawione przy drugiej generacji dzięki czemu w końcu mogliśmy mówić o prawdziwym substytucie dla klasycznego czasomierza. Trzecia wersja opaski poszła jeszcze o krok dalej i pozwoliła nam na podglądanie nadchodzących wiadomości bez potrzeby sięgania po telefon. Jakie nowości wnosi tegoroczny model?

Wiecie co jest najfajniejsze w opaskach fit?

Najlepsze jest to jak bardzo są niezobowiązujące.

Sami porównajcie takiego Mi Banda z androidowym, albo apple’owym smart-zegarkiem. Na początek kwestia ceny – opaskę kupisz już za kilkadziesiąt złotych, co oznacza że można ją nabyć nawet na próbę i odłożyć do szuflady jeśli się nie spodoba. Nie czujesz potrzeby noszenia jej non-stop tylko ze względu na fortunę którą za nią zapłaciłeś. A w przypadku smartwatcha często tak właśnie jest.

Kolejną ogromną zaletą jest czas pracy na baterii. Kupując smart-zegarek składamy coś na kształt przysięgi małżeńskiej zakończonej słowami:

„..i będę cię ładował codziennie, w zdrowiu i w chorobie, póki Bluetooth nas nie rozłączy. Amen.”

Tymczasem Mi Band pierwszej generacji radośnie pracował grubo ponad miesiąc na jednym cyklu, co często wystarczyło abym zapomniał gdzie ja właściwie posiałem ten kabelek do ładowania.

No i w końcu przechodzimy do wyglądu, chociaż to kwestia wyjątkowo dyskusyjna, zależna od własnych preferencji. Ja na ten przykład nie lubię smartwatchy, bo albo są zabawkowo-kwadratowe, albo okrągłe, ale jednocześnie grube na ponad centymetr. Ogółem rzecz biorąc – czuć to na nadgarstku i rzuca się w oczy, często przy tym rażąc postronnych dużą dawką promieniowania Tandety i Blichtru. Tymczasem w opasce fit można bez problemu spać, kąpać się czy nawet zaprezentować w eleganckim garniturze. Pamiętajmy bowiem, że Mi Band to przecież tylko niewielka pastylka, którą umieścimy zarówno na ręce jak i w breloku z kluczami głęboko w kieszeni spodni. Ponadto mam takie wrażenie, że mimo 2019 roku, korzystanie ze smartwatcha wciąż przypina użytkownikowi łatkę geeka, podczas gdy posiadanie opaski świadczy co najwyżej o tym, że lubisz sobie pobiegać.

Mi Band 4 nie zrywa z tradycją i wciąż może podpisać się pod każdym z powyższych punktów. Dalej mamy do czynienia z niewielką pastylką wciskaną do silikonowego paska. Dalej czas pracy liczony jest nie w dniach, a w tygodniach. I dalej cena jest wyjątkowo konkurencyjna, oficjalnie nie przekraczająca polskich stu złotych. Powyższe nie oznacza bynajmniej zastoju – względem poprzedniczki doszło kilka mniej lub bardziej znaczących usprawnień. Poniżej, po kolei, przedstawię to wszystko co najbardziej rzuciło mi się w oczy w czasie testów.

Ekran większy, ale jakby mniejszy.

Pierwszą różnicą w stosunku do Mi Banda 3 jest zastosowanie większego, kolorowego wyświetlacza o wyższym zagęszczeniu pikseli na cal. Wcześniej mieliśmy 0.78″ o rozdzielczości 128 x 80 (193 dpi), teraz zaś 0.95″ i 120×240 pikseli (282 dpi). Daje to nam możliwość lepszej personalizacji ekranu głównego, teraz mamy wybór spośród kilkudziesięciu różnych tarcz. Póki co nie wiadomo czy kiedykolwiek pojawi się możliwość wgrania własnego obrazka. Mowa oczywiście o oryginalnej wersji Mi Fit, bo co do aplikacji firm trzecich to nie mam wątpliwości, że tak będzie.

Tarcz do wyboru jest kilkadziesiąt.

Początkowo nowy wyświetlacz wydaje się zmianą ewidentnie na plus, ale po dłuższej zabawie z gadżetem zaczynamy dostrzegać jego wady.

Poprzednie Mi Bandy miały ekraniki typu OLED, a dokładniej PMOLED czyli z prostą, pasywną matrycą. Tymczasem omawiana nowalijka posiada już pełnoprawnego AMOLEDA cechującego się lepszym odwzorowaniem kolorów oraz szybszym odświeżaniem. Niby fajnie, ale w tej beczce miodu jest też mała łyżka dziegciu w postaci literek „AM”. To skrót od aktywnej matrycy, a dokładniej dodatkowego, cienkiego filmu nakładanego na warstwę organiczną. W praktyce sprawia on, że panel inaczej (mocniej) odbija światło i staje się wyraźniejszy patrząc pod kątem. To właśnie dlatego ekranik w MiB 3 w ogóle nie zarysowuje się pod warstwą szkła i sprawia wrażenie jakby zajmował całą jego powierzchnię. Tymczasem w tegorocznym modelu z miejsca widzimy gdzie co jest i jak te nieproporcjonalnie duże ramki szpecą wygląd urządzenia.

Ekran w nowym Mi Bandzie wyróżnia się na tle obudowy. Bardziej podobało mi się rozwiązanie z Trójki.

Kolejna rzecz, która mnie nie zachwyciła to dość ograniczona funkcjonalność ekranu, która – tak na dobrą sprawę – nie wnosi nic nowego poza estetyką. Fajnie by było gdybyśmy mieli chociaż podgląd na otrzymane w komunikatorach obrazki zamiast suchego komunikatu: [Photo]. Ja rozumiem, że na tym pizdryku-ekraniku i tak wiele by nie było widać, ale przynajmniej z miejsca udałoby się nam ocenić, czy nowa wiadomość, to śmieszny mem czy też np. skan faktury, albo plan zajęć na najbliższy tydzień. A tak nie mamy nawet graficznego odwzorowania emoji. Szkoda.

Zanim przejdziemy dalej wspomnę jeszcze o szkle na powierzchni opaski, które tym razem jest płaskie. Może nie wygląda tak „seksownie” jak zaokrąglona tu i ówdzie Trójka, ale z pewnością wpłynie to poprawnie na odporność na zarysowania.

Nowe funkcje w Mi Bandzie nie zmienią naszego życia, ale to z pewnością krok we właściwym kierunku.

Przyznam się bez bicia, że nowością, którą byłem najbardziej podjarany była opcja kontroli muzyki. Że niby teraz możemy w oka mgnieniu zmieniać piosenki, ściszać i pogłaśniać, stopować i wznawiać nagranie. Oczami wyobraźni już widziałem siebie jako rozczochranego dyrygenta idącego przez miasto i machającego łapami na wszystkie strony aby, wykorzystując wbudowany akcelerometr, surfować po wysokich falach muzyki.

A jak przyszło co do czego to uznałem, że dotarcie do stosownego menu wymaga zbyt wielu smyrnięć po ekranie aby było wygodne. Sporo później zorientowałem się, że jest tam wygodny skrót (przesunięcie palcem w prawo na ekranie głównym), ale nawet mimo tego wciąż potrzebujemy obydwu rąk aby się tym pobawić. Przeważnie wygodniej jest mi sięgnąć do kieszeni po telefon i na szybko wcisnąć odpowiednią ikonkę na ekranie blokady.

Same menu kontroli multimediów działa bardzo dobrze z każdą testowaną przeze mnie aplikacją, zarówno domyślnym odtwarzaczem muzyki, jak i streamingiem w postaci Spotify/Tidal/YouTube. Niestety współpraca z MX Player nie wypadła już tak pomyślnie (klasyk z dziedziny informatyki – czasami działa, a czasami nie). Jeśli macie problemy z innymi aplikacjami których używacie to podzielcie się tym w komentarzu.

Póki co język polski nie jest obsługiwany.

Wzbogaceniu uległo również menu aktywności sportowych, które teraz zawiera takie tryby jak pływanie czy rower. Tego pierwszego niestety nie miałem okazji przetestować w praktyce, ale z samego podglądu po włączeniu widać, że obejmuje podobne statystyki co bieganie, tylko zamiast kroków mamy machnięcia rąk. Ponadto opaska pokazuje styl w jakim pływamy. Pobawiłem się tym biorąc prysznic i wyszło mi, że myję się w stylu motylkowym. Resztę pozostawiam waszej wyobraźni.

Zaznaczę przy okazji, że certyfikowana wodoszczelność na poziomie 5 atmosfer nie prezentuje się jakoś szałowo, ale mimo to jest całkiem nieźle jak na tak tanią zabawkę. Z poprzednimi Mi Bandami się nie cackałem i jeszcze żaden mi nie padł od wilgoci, dlatego podejrzewam, że trzeba będzie mieć wyjątkowego pecha aby zalać opaskę.

Nowością jest również tryb „rower„, który prócz zwykłych cyferek tyczących się naszego pulsu i tempa, pokazuje jeszcze trudność trasy, którą obraliśmy co uzależnione jest od amplitudy spadków i wzniesień. W płaskim jak stół Hangzhou nie udało mi się wybić ponad określenie „easy”.

Dużym plusem jest możliwość aktywacji każdego z powyższych trybów bezpośrednio z poziomu opaski, bez potrzeby sięgania po telefon.

Kupując Mi Banda 4 specjalnie pod aktywności sportowe pamiętajmy o cenie opaski. Nie ma bowiem szans, żeby gadżecik za sto złotych dorównywał precyzją specjalistycznym urządzeniom np. od Garmina kosztującym nierzadko kilkadziesiąt razy więcej.

To samo tyczy się pulsometru, który choć wydaje się pokazywać wiarygodne wyniki, są one raczej wskazówką i nie mogą równać się z odczytami uzyskiwanymi pełnoprawnym sprzętem medycznym.

Puls wydaje się być pokazywany prawidłowo.

Nie chcę tworzyć odrębnego akapitu odnośnie pozostałych opcji w menu, dlatego po prostu rzućcie okiem na diagram który odzwierciedla ich rozłożenie oraz na drobne uwagi, które przyszły mi na myśl w czasie korzystania z nowego Mi Banda.

  • Moja opaska kupiona w Chinach obsługuje kilka języków w firmware i przełącza się między nimi w zależności od tego jaki język mamy ustawiony na telefonie; działa to z chińskim, angielskim, rosyjskim i hiszpańskim, ale jeśli wybierzemy np. polski to język opaski wraca do domyślnego czyli mandaryńskiego. Podejrzewam, że albo nowe języki dojdą w kolejnych aktualizacjach, albo wersja globalna Mi Banda 4 będzie w nie wzbogacona.
  •  Powyższe wpływa również na polskie znaki w powiadomieniach, tu zastępowane przez znak zapytania. Czyli zamiast „żółć” otrzymamy „????”.
  • Powiadomienia działają idealnie, z każdą testowaną przeze mnie aplikacją: Wechat, Hangouts, Skype, BB Inbox, SMS. Jest to o tyle istotne, że np. taki Hey+ nie pokazywał treści wiadomości z Hangouts oraz Skype, a tutaj wszystko działa jak należy. Dłuższe powiadomienia przychodzą w całości, tylko trzeba palcem przewinąć ekran.
  • Boli fakt, że możliwość segregowania opcji w menu jest mocno ograniczona i nie mogę np. przesunąć opcji kontroli muzyki bliżej ekranu głównego, ona wciąż musi być w zakładce „More”.
  • Teraz możemy ustawić sobie 4-cyfrową blokadę ekranu. Może się to przydać np. w czasie kąpieli gdzie ekran dotykowy może liczyć na masę tzw. „ghost touch”.
  • Tarcz opaski jest mnóstwo do wyboru, ale polecam te na ciemniejszym tle – raz, że nie widać tak ramek i ekran wydaje się większy, dwa – ekran to AMOLED więc możemy liczyć na większą oszczędność baterii. No i chyba najważniejsze – uzyskujemy wyższy kontrast i łatwiej się to czyta w świetle dnia (ogólnie i tak jest zacznie lepiej niż w poprzedniczkach).
  • Każda z tarcz może pokazywać następujące informacje: godzinę, datę, dzień tygodnia, kroki, kalorie, stan baterii/zablokowania/połączenia oraz ostatni pomiar pulsu. Mocno brakuje mi tu ikonki informacji dot. pogody oraz tytułu aktualnie puszczanej piosenki.
  • Pogoda pokazywana jest w postaci chmurki odzwierciedlającej aurę na dany dzień oraz temperatury aktualnej (doszła w niedawnej aktualizacji), maksymalnej oraz minimalnej. Lokalizacja pobierana jest automatycznie lub możemy ustalić ją samodzielnie w Mi Fit, działają polskie miasta – nawet te mniejsze.
  • Bardzo fajne jest to, że paski do MiB 3 pasują do następczyni, więc już teraz, bez czekania, mamy bardzo szeroki wybór.
  • Nie mogę znaleźć opcji dodania konta Google Fit do aplikacji Xiaomi, a wydaje mi się, że kiedyś tam było. Dajcie znać czy u was jest taka możliwość.
  • Zmienił się sposób ładowania opaski – teraz wsadzamy ją do plastikowej „trumienki”, ale nie widzę z tego żadnych korzyści – wciąż musimy uprzednio wyciągnąć pastylkę z paska. Następnie należy ją wepchnąć do tej ładowarki i upewnić się, że dobrze leży. Szkoda, że nie pokuszono się o magnesy.
  • Dosyć irytujące bywa to, że ekran gaśnie bardzo szybko (5 sekund) i szkoda, że nie możemy tego zmienić w opcjach. Podejrzewam jednak, że w codziennym użytkowaniu nie będzie to aż takie wredne jak dla mnie kiedy próbowałem robić zdjęcia do tej recenzji.

Nowy ekran jest o wiele jaśniejszy. Ale trzeba wybrać odpowiednią tarczę.

Panie, jakiś mizerny ten nowy Bluetooth!

W niedawnym artykule poświęconym Bluetooth piątej generacji zachwalałem jego zwiększony zasięg mogący dochodzić nawet do stu metrów. Jednak jakoś nie chciało mi się wierzyć aby w praktyce nowy Mi Band był zdolny do takich akrobacji, dlatego przetestowałem go w parze z Trójką. Żeby nie było wątpliwości – użyłem do tego telefonu wspierającego funkcję PHY Coded odpowiadającą za wyższy zasięg.

Różnice były kosmetyczne. Jeśli chodzi o wyjście z mieszkania to obie opaski traciły zasięg w dokładnie tym samym momencie, tuż za grubą ścianą. Kiedy zaś przetestowałem je w linii prostej to faktycznie MiB 4 zwyciężył, ale różnicą zaledwie kilku kroków. W sumie cała odległość od telefonu nie była większa jak 20 metrów. Trochę lipa, bo potrafię sobie wyobrazić kilka sytuacji gdzie taki super-zasięg byłby bardzo pomocny. Cóż, teoria sobie, a praktyka sobie.

Ładowanie odbywa się za pomocą plastikowej „trumienki” do której wkładamy martwą opaskę. Potem czekamy na burzę z piorunami i krzyczymy „To żyje!”

Jeszcze co nieco o baterii.

U mnie słowo droższe od pieniędzy – na tę recenzję przyszło wam trochę poczekać, gdyż chciałem wpierw przekonać się co potrafi wbudowany akumulator. I tak opaskę zakupiłem dokładnie w dniu jej premiery tzn. 14 czerwca i podłączyłem do telefonu naładowaną w 100% około godziny siedemnastej. Od tego czasu pracowała bez przerwy do ranka 2 lipca. Daje nam to ponad 17 dni działania na jednym ładowaniu. Testy były przeprowadzone przy wyłączonym pomiarze pulsu oraz jasności ustawionej na 80% (zazwyczaj).

Podejrzewam, że w zwykłym użytkowaniu ten czas może dojść do deklarowanych przez Xiaomi 20 dni, ale ja gdzieś tak przy pozostałych 45% doinstalowałem aplikację Mi Band Tools i od tego czasu akumulator był drenowany nieco szybciej.

Co to jest ten „Mi Band Tools”?

Opasek fit na rynku jest cała masa, a ta od Xiaomi mimo niskiej ceny wcale nie jest taka najtańsza. Nie jest też najbardziej rozbudowana, ale ma tę zaletę, że jest absurdalnie wręcz popularna. To sprawiło, że zaczęli się nią interesować niezależni deweloperzy i zaprojektowali własne programy rozszerzające możliwości oferowane przez MiFit. Bodajże dwie najpopularniejsze to właśnie Mi Band Tools oraz Notify & Fitness for Mi Band. Mimo, że ta druga jest nieco bardziej rozbudowana, ja zdecydowałem się na kupno MBT, której używam już od czasów drugiego Mi Banda. W miarę jak oficjalna aplikacja od Xiaomi była rozszerzana o nowe funkcje, MBT powoli tracił na znaczeniu, chociaż wciąż oferuje wiele dodatkowych opcji. Dla przykładu:

  • polskie znaki są automatycznie zamieniane na ich odpowiedniki w alfabecie łacińskim przez co mogą być wyświetlane w czytelny sposób na opasce („żółć” zamienia się w „zolc”)
  • to czy MiB 4 pokaże ci nazwę dzwoniącego do ciebie znajomego (zapisanego w Kontaktach w telefonie) zależy obecnie od języka i/lub wersji MiFit, tymczasem ustawienie tego w MBT to kwestia mniej niż minuty
  • mamy rozbudowane opcje dotyczące sposobu w jaki wyświetlane są powiadomienia
  • kolejne usprawnienia jeśli chodzi o regularne sprawdzanie pulsu
  • możliwość integracji opaski z programem Sleep As Android do monitorowania i poprawienia jakości naszego snu
  • w menu widżetów na Androida pojawia się prosta ikonka odzwierciedlająca nasze dzienne statystyki

A może by tak wersja z NFC?

Nie warto. Już miałem wątpliwą przyjemność obcowania z MiB 3 w wersji z NFC i nie wspominam tego najlepiej. Nie dość, że przez pierwsze pół roku opaska działała jedynie po chińsku, to na dodatek aby skorzystać z funkcji bezstykowych musiałem uzupełnić konto Xiaomi o dodatkowe dane.

Już pomijam fakt, że potrzeba przesłania skanu waszego paszportu na chińskie serwery może budzić uzasadnione obawy, to na koniec i tak okaże się to bezcelowe, gdyż niezbędne będzie również posiadanie konta w chińskim banku. Ale to nie wszystko! Sam takowe posiadam i dla testów chciałem sprawdzić wszystko co się da, a i tak nie mogłem – formularze co i rusz wywalały mi jakieś błędy. Owszem, było to pół roku temu i być może teraz jest już ok, mimo to i tak uważam, że to gra nie warta świeczki. O płatnościach mobilnych w Europie możemy zapomnieć, opcja kopiowania klucza NFC przyda się nielicznym, zaś wbudowany mikrofon do obsługi asystenta głosowego zadziała wyłącznie z „Siaoajtonsie” czyli sztuczną inteligencją ze stajni Xiaomi. Oczywiście tylko po chińsku.

Jestem nosicielem.

Chorobie uległem w wieku 29 lat. Młody wtedy byłem, głupi, nie wiedziałem co i jak, bawiłem się bez zabezpieczenia. Z początku nawet tego nie zauważyłem.. ale po roku, kiedy na rynku pojawił się Mi Band 2 poczułem dziwne swędzenie na nadgarstku. To mój organizm, już w pełni poddany infekcji, domagał się kolejnej dawki. Nawet nie próbowałem z tym walczyć. Obecnie, dokładnie cztery lata po zakażeniu, czuję już wszystkie efekty patogenu. Dystrofia mięśni rąk, które przestały być trenowane częstym sięganiem po telefon i zespół niespokojnych nóg ujawniający się po każdej godzinie bezczynności to tylko niektóre, wybrane przykłady.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zarażam tych którzy są wokół mnie. Ludzi, których szanuję i kocham. Mój tato, niegdyś radosny telemaniak godzinami oglądający szukających żony rolników, teraz codziennie męczy się maszerując kilometrami dookoła miasta, żeby tylko nie zawieść algorytmów siedzących w jego Mi Bandzie 3. Mój brat, który wcześniej lubił się dobrze ubrać i pokazać z eleganckim zegarkiem na ręku, teraz nosi chińską zabawkę za kilkadziesiąt złotych i staje się pośmiewiskiem wśród swoich znajomych. Moja żona wciąż walczy, ale boję się o córkę, maleństwo ma dopiero dwa miesiące i strach pomyśleć co by się stało gdyby zakaziła się tak wcześnie.

Jestem nosicielem, a teraz zarażam i Was. Xiaomi Mi Band 4 to kawał dopracowanego produktu, który może nie wnosi rewolucyjnych zmian względem zeszłorocznego modelu, ale jeśli dopiero chcecie zacząć zabawę z wearable to polecałbym właśnie tę opaskę. Natomiast posiadaczom Trójki proponowałbym rozwagę – oczywiście fajnie byłoby mieć najnowszą wersję, ale przy obecnych, premierowych cenach sięgających 200 zł nie widzę większego sensu. Nacieszcie się jeszcze tym co macie i poczekajcie z wymianą aż ceny spadną.

Mi Band 3 to wciąż fajny gadżet. Nie ma sensu go wyrzucać tylko po to aby kupić nowszy model.

Bookmark the permalink.