Into The Breach – recenzja gry (Windows)

Mamy rok 2018, epokę komputerów mieszczących się w pudełku po zapałkach, potężnych kart graficznych, wirtualnej rzeczywistości i wschodzącej sztucznej inteligencji. Czas, kiedy powstają gry o prawdziwie filmowych budżetach, fotorealistycznej grafice i otwartym, pełnym możliwości świecie. Wydawać by się mogło, że miłośnicy cyfrowej rozgrywki powinni ciupać w najnowsze Assassiny 8 napędzane Unrealem 5D, oczywiście jedynie w goglach VR. Tymczasem ja niczym opętany siedzę przy rozpikselowanym indyku i główkuję jak przesunąć swoje pionki.

Jakiś czas temu opisywałem dla was grę FTL: Faster Than Light od Subset Games. Była to dość specyficzna produkcja – rougelike w klimatach s-f. Streszczając jak tylko się da – lataliśmy naszym stateczkiem od gwiazdy do gwiazdy, niszczyliśmy wrogów lub wykonywaliśmy miniquesty, a wszystko po to by za zarobione w ten sposób kredyty doposażyć swój wahadłowiec i jakoś doczłapać do finałowego starcia.

FTL okazało się prawdziwym pożeraczem czasu, które zabrało mi prawie 200 godzin z życia. Nieźle jak na niskobudżetowego rogalika.

W tym ogólnym aspekcie FTL oraz ITB są bardzo do siebie podobne – tu też zaczynamy z podstawowym uzbrojeniem, tak samo czeka nas wyprawa przez kilka map podzielonych na mniejsze sektory i również wiele rzeczy następuje w sposób losowy oraz nieprzewidywalny.

Tam jednak mieliśmy Star Treka, tutaj dominuje klimat Pacific Rim.

Roboty vs Potwory

Świat chyli się ku upadkowi – najpierw zniknęły lodowe czapy na biegunach zatapiając 90% powierzchni planety i zamieniając tętniącą życiem Ziemię w kilka samotnych wysp oddzielonych od siebie bezmiarem wszechoceanu.

Jak by tego było mało pojawiły się Veki. Gigantyczne monstra zdolne machnięciem szponów zniszczyć stupiętrowy wieżowiec. Wypełzły z podziemi, odtajały z lodu czy przyleciały na jakiejś asteroidzie – nieważne, liczy się tylko zagłada, którą sieją gdziekolwiek się pojawią. Czołgi, artyleria, ani nawet wyspecjalizowane bombowce – nic nie było w stanie ich zatrzymać. Kiedy już wszystko wydawało się stracone pojawili się oni – Rift Walkers, podróżnicy w czasie i wymiarach. Najlepsi z najlepszych, mężczyźni i kobiety dosiadający swoich stalowych bestii – Mechów.

Pacific Rim – dobry film łączący efektowne sceny z małą domieszką dobrze użytego kiczu. Polecam!

Po serii dramatycznych potyczek, w których polegli zarówno poszczególni piloci jak i tysiące cywili, robotom udało się w końcu dostać do gniazda Veków i zatrzymać ekspansję wroga raz na zawsze. Tego dnia eksplozja nuklearna, której wstrząs odczuli wszyscy mieszkańcy planety pogrzebała zarówno znienawidzone monstra jak i bohaterów, którzy oddali swoje życie broniąc ludzkości.

Ale czy aby na pewno?

Plansza wygląda jak w szachach – podobieństwa w mechanice są uderzające.

Na początek zrzucamy swoje roboty, a potem bierzemy się za niszczenie Veków i obronę naszych struktur.

Szach..

ITB mimo, że czerpie garściami z FTL to jednak mniej w nim z „rogalika”, a więcej z gry logicznej w której każdy kolejny ruch okupiony jest tłustymi minutami główkowania i planowania. Znacznie też łatwiej o krytyczny błąd, który może kosztować nas porażkę w późniejszej fazie gry.

Zabawę rozpoczynamy wybierając swoją trójkę bojowych maszyn i jednego wyszkolonego pilota, który zasiądzie w wybranym Mechu (pozostałe otrzymają „zwykłych” kierowców, a w przypadku śmierci któregoś z nich zdolne są korzystać z usług sztucznej inteligencji – piloci jednak dysponują przydatnymi bonusami, dlatego warto szanować swoich podopiecznych).

Następnie przechodzimy przez „breach” czyli wyrwę w czasoprzestrzeni i przenosimy się do jednej z nieskończonych linii odnóg czasu, kiedy/gdzie Vekowie wciąż zagrażają ludzkości. Wybieramy planszę, na której stoczymy potyczkę i przystępujemy do walki.

Mapa taktyczna ma wielkość 8×8 pól i wypełniona jest różnymi elementami, z czego najważniejsze to nasze jednostki, potwory oraz budynki cywilne, których obrona jest naszym głównym zadaniem. Potyczka bowiem trwa z reguły 5 tur podczas których staramy się przeżyć oraz wypełnić zadania poboczne, tj. obrona jakiejś szczególnej struktury, zabicie wystarczającej liczby przeciwników, czy nawet takie kwiatki jak terraformowanie terenu. Czasem nie damy radę zrobić wszystkiego i trzeba dokonać kosztownego wyboru.

Oto nasz hangar. Tutaj wybieramy pilota i zespół mechów. Różnice w rozgrywce są na tyle spore, że warto wypróbować masę kombinacji.

Przechodzimy przez „breach” i wybieramy początkową wyspę. Poziom trudności jest dobierany automatycznie, więc możemy zaczynać tam gdzie nam się podoba.

Każda wyspa to 8 sektorów, z których wybieramy 4 (+1 z bossem) do oczyszczenia. Warto się zastanowić, bo każda mija to inny problem, poziom trudności oraz końcowa nagroda.

..i mat!

W Into The Breach najważniejszy jest zmysł taktyczny. Mamy oto swoje maszyny, z których każda dysponuje inną, unikalną zdolnością, mamy różne typy wrogów stosujących odmienne ataki, mamy również planszę pełną zagrożeń środowiskowych.

Te trzy elementy sprawiają, że rozprawiać się z potworami możemy na wiele sposobów – zarówno stosując brutalną siłę, jak i spryt oraz kontrolowanie przeciwników tak by powybijali się nawzajem. Czasem lepiej jest zamrozić Veka, innym razem nie ma to jak zepchnięcie go w przepaść, albo przesunięcie w bok, aby zebraną w ten sposób grupę załatwić za jednym zamachem dobrze wycelowaną obszarówką.

Do dyspozycji mamy 8 zespołów i jeszcze więcej pilotów, których odblokowywujemy wraz z postępami w rozgrywce. Jedni specjalizują się w atakach ogniem, inni wolą przepychanki, albo zamrażanie w miejsce zabijania – przypomnę, że likwidacja Veków jest tylko drogą do celu, a nie celem samym w sobie i spokojnie można wykonać misję z kilkunastoma żywymi przeciwnikami na mapie.

Ta różnorodność i mnogość opcji sprawia, że każdy dobrze przemyślany ruch, zwycięstwo i sektor oczyszczony w 100% przynoszą mnóstwo satysfakcji. Ta z kolei mocno uzależnia – choć jedna pełna rozgrywka to kwestia zaledwie 2-3 godzin, gwarantuję, że każde posiedzenie z łatwością może się wielokrotnie przedłużyć – właśnie taką moc ma ta gra!

Do kolejnych rozgrywek motywują steamowe osiągnięcia – a bez uzyskania 100% nie odblokujemy sekretnego zespołu.

Piksele

Oprawa Into The Breach wykonana została w lubianym przeze mnie stylu pixelart. Jest schludnie oraz czytelnie, a braki wizualne zostają magicznie załatane przez pracującą na pełnych obrotach wyobraźnię. Tam, gdzie gra przedstawia koślawą animację cięcia po ataku gigantycznym mieczem, tam ja widzę cutscenki rodem z Pacific Rim. Tam gdzie nieprzemyślany ruch kończy „życie” naszego robota w roztopionej lawie ja przed oczami mam końcówkę Terminatora 2.

Takie rozwiązanie albo komuś odpowiada, albo z miejsca odrzuci go od ITB. Ale jedno nie ulega wątpliwości – zastosowany system jest wyjątkowo łaskawy dla komputera, zagrać możemy właściwie na każdym sprzęcie, płynnie i bezproblemowo.

Co do muzyki to ograniczę się do stwierdzenia, że wpada w ucho i stanowi dobre tło dla walk robotów. Jest dokładnie tak jak w FTL – dobrze, ale nie na tyle abym chciał dołożyć parę złotych na wersję z dołączonym soundtrackiem.

Tam gdzie grafika przestawia to..

..wyobraźnia podrzuca nieco inne obrazki.

Podsumowanie

Siłą Into The Breach jest przemyślana mechanika – pełna wyzwań, ale uczciwa. Gra oferuje najwyższej jakości strawę dla umysłu oraz lekcje taktyki dla początkujących oraz zaawansowanych. Fascynujące jest to jak wraz z postępami w rozgrywce rośnie również skill samego gracza – uczymy się efektywnie używać posiadanych umiejętności, przewidywać poczynania przeciwnika oraz planować swoje posunięcia na wiele ruchów naprzód.

ITB to szachy skąpane w zupie s-f i doprawione magią developerów z Subset Games. Gra dla miłośników FTL, Godzilli i turówek. Jeśli jesteś jednym z nich to czym prędzej bierz się za Into The Breach – za $15 ciężko będzie dostać cokolwiek lepszego, a gwarantuję, że nawet nie zauważysz jak stuknie pierwsze sto przegranych godzin.

Ocena 5

Bonus: Jeśli z chęcią zagrałbyś w ITB również na telefonie to nie trzeba czekać na wersję mobilną (o której na razie cicho) – ze swojej strony polecam HOPLITE, prostą gierkę bardzo podobną pod względem mechaniki do omawianej tu produkcji.

 

Bookmark the permalink.