Gry od Ironhide

Kuurła, kiedyś to było. Wzion se człowiek ksionżke, czytoł przy jedzeniu, w łóżku, na klopie, ćwiczył wyobraźnię, nauczył się czego nowego. A ta dzisiejsza młodzież? Nic ino te gierki i gierki. Jak nie na komputrze, to na telefonie. Ruszają tymi śmiesznymi ludzikami, wzrok wpatrzony jak w pannę na wydaniu, lico spocone jak przy sianokosach. I tylko „tate, jeszcze pińć minut”, „tate, już idę, zaraz”.. Zaraz to taka wielka bakteria jest. Dawno to były czasy, teraz nie ma czasów.

Istnieje sobie takie fajne powiedzenie, które zaraz bezczelnie sparafrazuję, że jak kraść to miliony. I tu się zgodzę, nie ma sensu robić ze siebie dziada i złodzieja dla pięciu złotych, które komuś przypadkiem wypadły z portfela. Ale dodam więcej:

Jak już marnować czas to tylko przy czymś co jest tego warte.

I tutaj szybciutko dochodzimy do sedna niniejszego tekstu jakim są gry od Ironhide Game Studio, które w przeciągu ostatniego miesiąca zabrały mi kilkadziesiąt godzin życia. Nie żeby były one (te godziny znaczy się) jakoś szczególnie cenne, bo mówimy głównie o czasie spędzonym w pociągach, albo metrze, ale i tak mogłem je poświęcić choćby na obejrzenie zachwalanego przez wszystkich Czernobyla, zamiast „ruszać tymi śmiesznymi ludzikami”. Cytując Agnieszkę Chylińską:

Czy warto było szaleć tak?

Tytuł wpisu mówi o grach, zamiast o grze i jest to wybitnie celowa zagrywka, gdyż Ironhide jest studiem tworzącym aplikacje na jedno kopyto. Jak dotąd mają u siebie 4 tytuły sklecone w tym samym stylu graficznym. Z tego osobiście przeszedłem trzy, pomiędzy którymi różnice były raczej czysto kosmetyczne, sprowadzające się do wyglądu map, jednostek i możliwych ulepszeń. Sama mechanika pozostaje bez zmian.

Seria Kingdom Rush o której mowa to Tower Defense w najbardziej klasycznym rozumieniu tego wyrażenia. Oto bowiem mamy mapkę z kilkoma ścieżkami i wyznaczonymi wzdłuż nich miejscami na nasze budowle. Po rozpoczęciu rozgrywki zza krawędzi mapy zaczynają nadciągać wrogowie, których celem jest dostanie się do naszej bazy. My oczywiście chcemy zwyciężyć, dlatego staramy się do tego nie dopuścić i wykończyć wszystkich niemilców po drodze. Pomagają nam w tym monety, które wypadają z zabitych przeciwników, to za nie wznosimy i ulepszamy wieże strażnicze. Ot i cała filozofia.

Mamy pole do zabudowy..

..oraz masę wież obronnych do wyboru.

Wydaje się to proste, ale cała miodność i uzależniająca moc rozgrywki kryją się w szczegółach. Tak samo bowiem jak potwory, które występują w wielu odmianach, my możemy stawiać różne budowle, atakujące ich słabe strony. Coś jak nieśmiertelne kamień, papier, nożyce. Oto przykłady:

Kiedy nadciąga cała chmara słabych wrogów najlepsze co możemy zrobić to zainwestować w struktury zadające obrażenia obszarowe. Te niestety okazują się zupełnie bezużyteczne jeśli chodzi o latających przeciwników, dlatego warto mieć po drodze parę wież z łucznikami. Jeśli natomiast trafi się nam boss, czy inny mocno opancerzony agresor to koronnym kontrargumentem powinna być wieża magów. A to nie koniec, bo pomiędzy tymi budynkami warto jeszcze gdzieniegdzie poustawiać koszary trenujące piechurów, którzy co prawda większej szkody wrogowi nie wyrządzą, ale przynajmniej spowolnią go na tyle, aby reszta wież miała czas na wykonanie wyroku.

Na początku wrogowie przychodzą po kilku, ale ostatnie fale bywają zabójcze. Lepiej abyście byli przygotowani.

Wisienką na torcie tej mechaniki są kolejne ulepszenia każdej ze struktur kończące się wyborem jednej z dwóch dróg rozbudowy. Dla przykładu łucznicy mogą awansować na muszkieterów o ogromnym zasięgu, albo toporników zadających masywne obrażenia z bliska. To wszystko sprawia, że jest cała masa kombinacji i sposobów ukończenia każdej mapy, a mózgownica pracuje na najwyższych obrotach planując najbardziej optymalną strategię rozwoju.

Za oczyszczone plansze otrzymujemy gwiazdki, te zaś wymieniamy na ulepszenia wież.

Pomimo faktu, że opisywane tu gry bezproblemowo znajdziemy an Steamie, Kingdom Rush to seria wyjątkowo na platformy mobilne. I to raczej wspierane przez urządzenia z wyświetlaczami o sporych przekątnych. Osobiście z w/w grami zapoznałem się na ośmio-calowym tablecie co było bardzo komfortowe. Nie polecałbym zabawy na czymkolwiek poniżej sześciu cali. Rozgrywka toczy się w czasie rzeczywistym, bez aktywnej pauzy, a jako, że na ekranie może naraz pojawić się i grubo ponad setka przeciwników, dobry refleks i precyzja sterowania są w cenie.

Wrogów z każdą chwilą jest co raz więcej, a czasu nie da się zatrzymać.

Androidowo-Ajoesowy rodowód gier od Ironhide tłumaczy również oprawę audiowizualną. Ta jest dość radosna, prosta ale ładna, wykonana w kolorowym 2D i czytelna. Muzyka też jakaś tam jest, ale niczym się nie wybija dlatego szybko zacząłem cieszyć się aplikacją przy wyłączonych głośnikach. To mniej rozprasza, a pełne skupienie, szczególnie w ostatnich – najcięższych potyczkach, jest absolutnie konieczne do zwycięstwa. Bowiem gierka jest trudna.

Plansze są kolorowe i ładne, jest wiele różnych terenów – od pustyń po ruiny zawieszone wysoko nad chmurami.

Pierwszą grę, Kingdom Rush: Frontiers, rozpocząłem klasycznie – na ‚normalu’. Gdzieś w połowie szybko tego pożałowałem, bo uzyskanie stuprocentowego wyniku (czyli trzech gwiazdek w tym wypadku) było nie tyle niemożliwe co cholernie uciążliwe i sprowadzające się do kolejnych, wielokrotnych prób przejścia danej mapy. Na szczęście zmiana trybu na łatwy nieco pomogła. Nieco, gdyż późniejsze, dodatkowe misje, już po ukończeniu głównego nurtu kampanii to zabawa dla profesjonalnych strategów i nawet na ‚easy’ często będziecie kląć na czym świat stoi bo jakimś cudem jeden stworek przebił się przez obronę i klops. Tak wysoki poziom trudności, to nie przypadek – za wszystkim stoją mikropłatności.

Kiedy nie idzie nam za dobrze można kupić jakiś supersilny artefakt.

Płacimy kryształami, które leniwie wypadają z wrogów, możemy też kupić paczkę za prawdziwą gotówkę.

Mimo kupna gry nie otrzymujemy pełnej zawartości, za niektórych bohaterów trzeba dopłacić i to czasem więcej niż za samą grę.

Już o tym pisałem w artykule „Nic za darmo”, ale powtórzę, że transakcje wewnątrz-growe to nie tylko pamiętna zbroja dla konia. To całkowicie przeprojektowany model rozgrywki, tak aby produkcja była tylko lekko grywalna, ale prawdziwą frajdę dawała dopiero po mniejszej lub większej inwestycji. Boli to tym bardziej, że wszystkie opisywane tutaj tytuły, poza podstawowym Kingdom Rush, są płatne i kosztują minimum kilkanaście złotych – niemało, jeśli mówimy o mobile. Studio stojące na serią zwyczajnie podniosło poziom trudności, aby zachęcić niedzielnych graczy do kupna paru przekokszonych bonusów typu: „Boskie Uderzenie: Wyczyść całą planszę z wrogów w ułamku sekundy!”.

Ale nie ze mną te numery! Nie po to nazywam się Polakiem, żeby wydawać własne, ciężko ukradzione cebuliony na wirtualne bzdety! Dlatego do najtrudniejszych map podchodziłem po kilkanaście razy, sadziłem ku*wami na wszystkie strony, pociłem się jak świnia i płakałem jak małe dziecko, ale w końcu się udało – zdobyłem wszystkie gwiazdki! Ale pokazałem tym frajerom! Ha ha ha!

Kończąc oraz podsumowując wszystkie za i przeciw..


Warto było.
Co jak co, ale lubię gry w których trzeba co nieco pokombinować, a zwycięstwo nie przychodzi za łatwo. Kingdom Rush nie jest grą dla każdego, ale jeśli tylko czujecie się targetem dla Tower Defense i macie duży telefon albo jakiś tablet (choćby i budżetowy, bo gra nie ma wielkich wymagań sprzętowych) to polecam. Tym bardziej, że podstawowa wersja dostępna jest za darmo, a wbudowane mikropłatności nie są niezbędne do zabawy na łatwym poziomie trudności.

Ocena 4


Gry od Ironhide Game Studio znajdziecie w Sklepie Play, AppStore oraz Steamie.

Bookmark the permalink.