Graveyard Keeper – recenzja gry (PC)

Mixy gatunkowe potrafią być ciekawe i naprawdę udane, a programiści już od lat serwują nam takie eksperymenty. Tu połączą ścigałkę z erpegiem, tam do strzelanki wrzucą trochę strategii i jakoś to się kręci. Graveyard Keeper, którego dzisiaj wziąłem na warsztat również jest taką hybrydą – w końcu mamy okazję zobaczyć co by było gdyby za Stardew Valley wzięli się twórcy Planescape Torment.

Serce

Ach Planescape..

Gra tak uroczo ponura i niesamowicie przegadana, że albo ją się uwielbia albo nie rozumie. Zjadła mi sporo wolnych chwil w liceum i chociaż to jej kuzyna – Baldura – uważam za ponadczasowe arcydzieło, to wciąż znajduje się bardzo wysoko na mojej liście niezapomnianych klasyków. Żeby zanadto nie spojlować – grę zaczynamy budząc się w kostnicy, niczego nie pamiętając. A dalej to już erpegowy standard – wykonujemy zadania, aby odzyskać utracone wspomnienia i dowiedzieć się o co tu chodzi. Już od dłuższego czasu chodzi mi po głowie zrecenzowanie jej mobilnej wersji.

Nieco (ale tylko troszeczkę) podobnie rozpoczynamy „Nadzorcę Cmentarza” – nasza postać z normalnego naszego świata ulega wypadkowi i budzi się w małym domu na cmentarzu w dość specyficznym łez padole. A żeby tego było mało, to naszym pierwszym komapanem staje się gadająca czaszka! Co by nie mówić – lepszego nawiązania do Tormenta włożyć się już nie dało.

Na początku przed domem są tylko drzewa i chwasty, z czasem stawiamy tu nasz warsztat.

Podobnie w ogródku. Chyba jednak farmerowanie bardziej podobało mi się w SV, tutaj jest tylko jedną z aktywności pobocznych, tam było sednem gry.

Kości

Celowo we wstępniaku nawiązałem do Stardew Valley – niepozornego indyka traktującego o sielskim życiu wieśniaka. Szkielet „Grabarza” opiera się na bardzo podobnym założeniu – otrzymujemy w posiadanie dość zaniedbany kawałek ziemi, a naszym zadaniem jest jego restauracja oraz przywrócenie świetności tudzież rentowności.

W tym celu używamy lokalnych surowców – ścinamy drzewa, wydobywamy kamień, bawimy się w ogródku i „kraftujemy” bardziej złożone narzędzia używając tych ogólnie dostępnych. Z tym również wiąże się pierwszy minus gry.

Twórcy zwyczajnie przesadzili z ilością dostępnych przedmiotów. Już w SV było tego sporo, ale tam szło to jakość spamiętać i wyuczyć się co jest do czego, w większości intuicyjnie. A tu?

O mamo! Weźmy dla przykładu takie drzewo. Ścinamy je i otrzymujemy kłodę oraz patyki, to pierwsze możemy pociąż na szczapy, kawałki opałowe i kliny. Z czasem uzyskamy dostęp do lepszych technologii oraz warsztatów, więc do kolekcji dołączą deski, bele, łączenia i elementy dekoracyjne. A mowa tylko drewnie! Identycznie sytuacja ma się z żelazem i kamieniem, a potem dochodzą jeszcze elementy łączące te trzy bazowe surowce.. W SV po prostu ścinaliśmy drzewo, a kawałki gotowe do produkcji same wpadały nam do ekwipunku, tu już nie ma tak łatwo.

Niezapominajmy też o alchemii, gdzie bez wiki ani rusz!

Wiedźma z bagien uczy nas alchemii.

To tylko jedna z masy dostępnych w grze umiejętności. Uczymy się ich w zamian za czerwone, zielone i niebieskie punkty zdobywane za różne aktywności w grze.

Skóra

GK posługuje się prostą pikselową oprawą graficzną i robi to na przyzwoitym poziomie. Wielokrotnie już powtarzałem, że coś takiego albo się lubi, albo okrąża szerokim łukiem. Taki styl ma również tą niepodważalną zaletę, że w dość łagodny sposób obchodzi się z wydajnością komputera – całkiem podobne graficznie SV chodziło na mojej imitacji komputera w stabilnych 60 efpeesach i czegoś podobnego spodziewałem się po Keeperze. Niestety..

Nie wiem o co tu chodzi, ale gra ma dość spore wymagania jak na to co sobą prezentuje. Rozdzielczość obniżyłem do HD, detale na minimum (niestety za wiele opcji konfiguracyjnych gra nie oferuje) i mam szarpane 20FPS, które potrafi nieprzyjemnie zejść do kilku klatek na sekundę jeśli zbyt wiele rzeczy położymy na ziemi.

Może to zasługa dużego, otwartego świata bez ekranów ładowania. Może to ładnie wyglądajace refleksy wodne, a może zwyczajny brak środków małego studia na optymalizację programu. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, ale dla mnie i tak to jest minus.

Pod martwym koniem – centralny budynek w wiosce nieopodal naszego cmentarza.

W grze jest sporo ciekawych lokacji – tutaj obóz u starego Cygana.

Woda wygląda ładnie, ale też podwyższa wymagania sprzętowe.

Tłuszcz

Trzeba to sobie jasno powiedzieć – gra jest mocno uzależniająca. Jeśli coś wyciąga wspomniane 20FPS, a ja i tak się z tym męczę już przez ponad 200 godzin (!!) to coś musi być na rzeczy.

Już w SV zawartości było całkiem sporo, ale gdzieś tak po 100 godzinach (lub 2 latach/240 dniach czasu gry) przychodziło znużenie. W Graveyard Keeperze natomiast po 280 dniach wciąż mam sporo do roboty, tyle, że aż nie wiadomo w co ręce włożyć! Aby nie być gołosłownym:

  • prawie nie ruszyłem lochów, a to niezbędne aby popchnąc kilka zadań do przodu;
  • wędkowaniem również się jeszcze nie zajmowałem;
  • alchemia, mimo posiadania niezbędnych ulepszeń wciąż jest dla mnie czarną magią i nawet głupiego eliksiru przyspieszenia jeszcze nie uwarzyłem (a to ważne, bo postać porusza się raczej wolno, na szczęście mamy kamyk teleportacyjny);
  • cmentarz wygląda już całkiem nieźle, ale tylko połowa jest zagospodarowana, a do tego wciąż nie potrafię posługiwać się marmurem, o rzeźbieniu w nim nie wspominając;
  • w piwnicy mam komantę okultystyczną, która dalej jest dla mnie zagadką;
  • wszyscy mówią o Mieście, które podobno jest znacznie większe od startowej wioski, ale ja tam jeszcze nie byłem;
  • w ogródku również uprawiam zaledwie 20% dostępnej przestrzeni..

Astrolog daje nam sporo zadań fabularnych, ale pojawia się tylko w „Moonday”

W GK jest również walka chociaż mi nie przypadła do gustu – jest nudnawo i upierdliwie.

Mięśnie

W grze fukcjonują pory dnia i jest to dość znacząca mechanika. W odróżnieniu od SV, w nocy możemy pracować, nawet do bladego świtu. Głównym problemem jest wytrzymałość, która bardzo szybko się wyczerpuje, szczególnie w początkowych etapach rozgrywki, kiedy korzystamy z najgorszych narzędzi i nie wiemy jeszcze jak gotować. Później staminy starcza na znacznie dłużej, ale spać wciąż musimy – po pewnym czasie pojawia nam się ikonka zmęczenia, a wytrzymałość zaczyna schodzić samoczynnie. Jedynym ratunkiem w tej sytuacji jest położenie się w łożku, choćby i na chwilę.

Każdy z dni ma swoją nazwę (a raczej symbol, gdyż nigdzie nie pojawiają się żadne litery – chociaż nieoficjalnie odnoszą się do grzechów głównych: Chciwość, Pycha, Obżarstwo itp..) i przypisaną doń ważną postać niezależną. W jeden dzień spotkamy Biskupa, w inny Inkwizytora, a w kolejny Astrologa. Każdy z nich ma oczywiście specjalne zadania fabularne i to wymusza pewien pośpiech – biegamy w te i z powrotem aby tylko zdążyć wypełnić questa dla postaci, która pojawi się nazajutrz i zaraz zniknie na cały tydzień.

Jest to dość zabawne, bo gra nie ma żadnego limitu czasowego i jeśli chcemy to możemy całe dnie spędzać w ogródku, nawet nie oglądając się na zadania. Albo w kostnicy.

Oto nasz cmentarz po dwustu dniach ciężkiej pracy, po lewej stronie wciąż pustawo.

W grze odwalamy także fuchę proboszcza i co „Niedzielę” mamy okazję odprawienie nabożeństwa w celu uzyskania punktów wiary. Odpicowanie kościółka to też nasza działka.

Jelita

Wnętrzności, które robią za nagłówki poszczególnych akapitów nie wzięły się tu z niczego. To są wszystkie części ciała, które możemy „ekstraktować” bawiąc się w domorosłego chirurga/patologa.

Po co nam to? – spytacie

Jako, że to co za chwilę napiszę nie należy do najprzyjemniejszych pozwólcie mi włożyć tu mały żarcik dla rozluźnienia atmosfery:

Pewna firma zatrudniła nowego pracownika. Miał zacząć od poniedziałku, ale rano zadzwonił do swojego szefa:
– Jestem chory – oświadczył. Szef go usprawiedliwia.
Facet pojawia się w pracy we wtorek i pracuje ciężko przez cały tydzień, zadziwiając wszystkich swoją pracowitością i umiejętnościami. W następny poniedziałek znów dzwoni do szefa i oświadcza mu:
– Jestem chory.
Szef niechętnie usprawiedliwia go, zaznaczając jednak, że to już drugi poniedziałek z rzędu. I znów we wtorek facet przychodzi do pracy i pracuje do końca tygodnia, nawet szybciej i lepiej niż poprzednio.
W następny poniedziałek pracownik znów dzwoni.
– Jestem chory – powtarza. Szef go usprawiedliwia, postanawia jednak porozmawiać z nim we wtorek.
Następnego dnia facet pojawia się w pracy i zostaje wezwany do gabinetu szefa.
– O co chodzi? – pyta ten. – Widzę, że jesteś świetnym pracownikiem, ale jesteś tu dopiero trzy tygodnie i w każdy poniedziałek twierdzisz, że jesteś chory?
– Chodzi o to, że moja siostra ma fatalne małżeństwo i w każdy poniedziałek przed pracą jadę do niej ją pocieszyć – tłumaczy pracownik. – Od słowa do słowa i zawsze kończy się to tym, że przez cały dzień uprawiamy seks.
– Z siostrą?! – krzyczy szef. – Przecież to obrzydliwe.
– Mówiłem panu, że jestem chory.


Tak między nami to ten artykuł miał szkicowy tytuł: „Zabawa w pojeba – recenzja Graveyard Keeper„. Jest tak z tej przyczyny, że w grze jesteśmy naprawdę chorymi ludźmi. Ja rozumiem, że ponury świat, że nawiązania do Planescape, że jest to w pewien sposób nowatorskie, ale – kurwa mać! – są pewne granice! Dla mnie zaczynają się wtedy, kiedy jedno z ważniejszych zadań wymaga od nas oprawienia paru truposzy, usmażenie wyciętego z nich mięsa, zrobienie hamburgerów i nakramienie nimi głodnej tłuszczy przybyłej na cotygodniowe palenie czarownicy.

Tak jak mówię – jesteśmy chorym człowiekiem, ale może to kolejne nawiązanie do Tormenta? W końcu pytaniem przewodnim PT wokół którego toczyła się historia naszego protagonisty było „Co może zmienić naturę człowieka?„. Jak się okazuje odpowiedź jest banalnie prosta i jest nią wypadek samochodowy. Przed nim jesteśmy spokojnym sklepikarzem z kochającą dziewczyną, tylko po to aby tuż po kolizji zmienić się w popieprzonego Hannibala Lectera rozkoszującego się ludzką wątrobą na masełku.

Huh, nie chciałbym spotkać twórców tej gry w ciemnym zaułku..

Działa to tak: osiołek przywozi nam trupa..

..my bierzemy go do naszej kostnicy i oprawiamy z najważniejszych części. Potem możemy go pochować albo spalić.

Wycięte mięsko używamy do gotowania..

..potem możemy to zjeść samemu albo sprzedać enpecom. Mniam! Paluszki lizać!

Mózg, krew i czaszka

Graveyard Keeper to produkcja dość specyficzna, wyjątkowo nie dla każdego. To nie sielankowe Stardew Valley w które gra się po pracy jednocześnie marząc o wsi wesołej, wsi spokojnej. To również nie Planescape urzekające światem i opowiadaną historią. Ale jednocześnie jeśli tylko jesteś fanem choć jednej z nich to może warto dać szansę „Grabarzowi”?

Gra dostępna jest za $19.99 na GoGu oraz Steamie.

Ocena +4

Podobnie jak w SV możemy również łowić ryby, ale wciąż nie jestem pewien jak to działa.

Bookmark the permalink.