Dziki kraj!

Witajcie! Po dłuższej przerwie w aktualizowaniu Księgi Drogi wracamy do zagranicznych klimatów! Jeśli byliście kiedyś poza Polską to pewnie znacie to uczucie, gdy poznajecie kawałek obcej kultury tak dziwaczny, że na usta sam ciśnie się zwrot: „co za dziki kraj!”. W tym odcinku podzielę się z wami paroma ciekawostkami z Chin, które idealnie wpisały się w powyższy schemat. Będzie o..

..ludzie pracującym


Wiza, wiza i jeszcze raz wiza. Ta niewielka naklejka w paszporcie jest największym przekleństwem wszystkich podróżników w Państwie Środka. Już pal sześć tę turystyczną, którą można dostać całkiem łatwo (aczkolwiek nie użyłbym tu słowa: „tanio”). Znacznie gorzej jest, jeśli chcecie tutaj studiować, kogoś odwiedzić, albo – nie daj Bóg! – pracować.

W Chinach, owszem – można dobrze zarobić, ale nigdy bym nikomu nie polecił przyjazdu do Azji za łatwą kasą. Używając growej nomenklatury – tu trzeba mieć skilla, a najlepiej jeszcze uwiarygodniające go papiery z prestiżowej wyższej uczelni. Bez tego uzyskanie wizy pracowniczej będzie graniczyło z cudem (albo będziecie musieli się ograniczyć do prowincji w znacznie mniej opłacalnej, zachodniej części kraju, gdzie prawo jest nieco łagodniejsze).

A co z robotą na czarno? – spytacie.

Znaczy, bez wizy tu nie wjedziesz, a jeśli przekroczysz czas na tej posiadanej, co prędzej czy później i tak wyjdzie (kontrole zdarzają się też w metrze, a policja może odwiedzić twoje mieszkanie) to znajdziesz się w czarnej dupie. Nie warto.

Inna sprawa z posiadaniem np. długoterminowej wizy studenckiej i jednoczesną pracą. Takie połączenie jest nielegalne, aczkolwiek wiele osób tak właśnie zarabia na życie. Na krótki termin jest to niby jakieś rozwiązanie, ale jeśli zamierzacie posiedzieć tu dłużej to jednak poszukałbym czegoś „prawilnego”.

Wiecie jaki jest największy problem z wizą, a właściwie z pozwoleniem na pracę? Akurat nie to, że trudno ją dostać, ale fakt, że to nie my je dostajemy tylko nasz pracodawca. A to właściwie sprawia, że stajemy się jego własnością, bo może on w każdej chwili ów permit wycofać i po zabawie. Dane dotyczące zakładu pracy są na tyle ścisłe, że możemy pracować nie tyle w jednej firmie, co tylko pod tym jednym, konkretnym adresem. Osobisty przykład – moja szkoła ma trzy filie w jednym mieście, ale jeśli chciałbym mieć lekcję w innym budynku niż ten, do którego przypisane jest moje pozwolenie to za to grozi już odpowiedzialność karna. Dziki kraj!

Podróżując natkniemy się na wiele niecodziennych rzeczy – od bananowca..

..po rosół z gołębi.

..oraz balującym


Polacy i Chińczycy mają wspólny mianownik – lubimy sobie popić. To oczywiście stereotyp i jako takiemu nie dawałbym wielkiej wiary, tym bardziej, że inny głosi iż ludzie tutaj mają słabe głowy i idą spać już po połowie flaszki. Wierzcie mi – wierutna bzdura!

Mądre przysłowie głosi: „mierz siły na zamiary” czyli: „nie pij więcej niż potrafisz”. Presja otoczenia, nastrój, czy błędne przeświadczenie o stanie swojego zdrowia – to wszystko może sprawić, że jednak posuniemy się o ten jeden kieliszek za daleko. W idealnym świecie oznaczałoby to przyjemne osunięcie się pod stół prosto w ramiona Morfeusza. Gorszą opcją byłyby z pewnością telefon to byłej, torsje oraz kac gigant nad ranem. Ale to i tak po stokroć lepiej od śmierci z przepicia, a takie scenariusze niestety też się zdarzają. Co wtedy?

Jeśli jeden z biesiadników zejdzie nam ze sceny na wieki wieków amen to oczywiście wzywane jest pogotowie, a policja przeprowadza swoje dochodzenie. Ale, jeśli tylko denat nie był przymuszany do picia siłą to zgaduję, że żaden ze współ-pijących nie zostanie wezwany do odpowiedzialności za nieumyślne spowodowanie śmierci. Ludzie są dorośli, mają swój rozum i sami decydują o swoim losie, co nie?

Cóż, nie w Chinach.

Taka sytuacja – koło 10 dorosłych osób usiadło przy stole, pojedli, popili, rozeszli się do domu. Jeden miał problemy z wątrobą i nie przeżył nocy.

Co robi jego rodzina?

Idzie z pyskiem do pozostałych dziewięciu i żąda odszkodowania.

Ile?

A tyle ile im się żywnie podoba, w opisywanym przypadku było to, bagatela, 300 tysięcy yuanów (170tys złotych) od wszystkich.

Co na to prawo? Policja?

Prawo, co ciekawe, nie uznaje takiego zadośćuczynienia, jest ono bardziej kwestią tradycji i (czegoś na kształt) honoru. Policja nie chce się w to mieszać i radzi zapłacić.

A co jeśli nie zapłacę?

Wtedy owa rodzina tak długo będzie ci truła dupę i – co gorsza – psuła opinię na mieście, aż w końcu zapłacisz. Początkowa suma, na szczęście, podlega negocjacji.

Opisany wyżej przypadek wcale nie jest jakiś szczególnie odosobniony. W Chinach, podobnie jak w Polsce, funkcjonuje retoryka: „ze mną się nie napijesz?!”. Stuknięcie się z kimś kieliszkiem jest oznaką szacunku, jeśli zaś odmówimy to okazujemy pogardę. W kraju, gdzie ludzie płacą grube pieniądze aby wyglądać na jak najbardziej prestiżowych i poważanych nikt nie chce ryzykować utraty szacunku, więc pije i przymusza innych. Stąd upicie kogoś na śmierć jest traktowane nieco jak zabójstwo z premedytacją, a tacy „oprawcy” są później szykanowani, pogardzani, a nawet pozbawiani miejsca pracy (w przypadku pracowników rządowych). Dziki kraj!

Czasem trzeba się kimś napić. Warto wtedy zmówić ze trzy zdrowaśki za jego zdrowie, bo jak wykituje to się do końca życia nie wypłacę!

..o świętych krowach


Jak czasami czytam skargi Polaków na użytkowników dróg w naszym pięknym kraju to myślę sobie:

„w głowach się już je%ie od tego dobrobytu!”


Oj, nie zrozumcie mnie źle, w życiu nie stwierdziłbym, że Polacy to mistrzowie kierownicy, a na drogach mamy bezpiecznie jak dzieci w piaskownicy. To bardziej kwestia porównania tego co się dzieje na wschód do tego jaką bajkę mamy na swoim podwórku.

Syf!


Pamiętam jeszcze jak za czasów podstawówki mieliśmy specyficzną odmianę gry w berka. Jedno z dzieci było „syfem”, aby pozbyć się krzywdzącego przydomka trzeba było dogonić innego smarkacza i go dotknąć. Wtedy on przejmował naszą „supermoc”, po czym gonił resztę kolegów. I tak aż do utraty tchu, albo dzwonka na lekcję.

Ta zabawa przypomina mi się za każdym razem kiedy próbuję zrozumieć zasady panujące na chińskich drogach. Znaki tu są, i owszem – respektowane, ale bardziej ze strachu przed mandatem niż dlatego, że lokalesi ufają w ich przydatność. Po co im znaki skoro do poruszania się po drodze wystarczą cztery proste zasady:

1. Szybszy pojazd ma pierwszeństwo
2. Droższy pojazd ma pierwszeństwo
3. Większy pojazd ma pierwszeństwo
4. Skuter ma ZAWSZE pierwszeństwo


Jak możecie szybko zauważyć – łatwo o błędy logiczne, co w takim wypadku? Wtedy właśnie zaczyna się zabawa w ‚odwrotnego syfa’.

Kiedy kilka samochodów chce, na przykład, wjechać do jednej, ciasnej uliczki mało kto bawi się tu w kulturę osobistą i ustępowanie innym. Jako kierowca walisz do przodu i tylko patrzysz czy nie dotykasz innych aut, bo jak dotkniesz to przegrywasz. Ale jak ktoś dotknie ciebie to wygrana – zatrzymujesz pojazd, wychodzisz na zewnątrz, sprawdzasz zadrapania i negocjujesz kwotę odszkodowania z przegranym.

I jeszcze osobny akapit odnośnie punktu czwartego. Skutery, małe motory, hulajnogi elektryczne i inne jeździki to swoiste Święte Krowy wschodnioazjatyckich dróg. Tępe spojrzenie na wprost, ogólny stupor na twarzy, arogancja w słowie i czynie oraz ogólne przeświadczenie, że „moja sprawa jest ważniejsza niż twoja, więc co mi się pchasz pod koła”. Jednoślady w Chinach łamią wszelkie zasady bezpieczeństwa jakie tylko da się złamać:

  • jazda bez włączonych świateł w nocy;
  • przyspieszanie do ponad 20km/h na chodniku;
  • jazda bez kasku, albo z kaskiem wykonanym z gównolitu;
  • zabawa telefonem w czasie kierowania pojazdem;
  • brak poszanowania dla znaków i świateł drogowych;
  • poruszanie się pod prąd i na skos na skrzyżowaniu;
  • jazda po chodniku kiedy tuż obok biegnie ścieżka rowerowa;
  • jazda pod wpływem alkoholu;
  • oraz wisienka na torcie: wpierdalanie się ze skuterem wszędzie, nawet do windy! Dziki kraj!

Jazda „na suwak”? Chyba kpisz! Kto pierwszy ten lepszy!

..i innych zwierzętach


Żyjemy w takich czasach, że strach cokolwiek zrobić publicznie, aby przypadkiem kogoś nie urazić. Kiedyś można było sobie rozpalić ognisko na swojej posesji, teraz sąsiedzi od razu zaczynają straszyć strażą pożarną. Można było zapalić papierosa w barze, dzisiaj jest na to paragraf. Dało się postrzelać z petard w Sylwestra, obecnie właściciele psów w obawie przed zdrowiem psychicznym swoich pociech drą pysk już na sam widok malutkiego Achtunga.

Lubię zwierzęta i sam miałem w życiu kilku futrzaków, ale ta sytuacja nie jest normalna. Tymczasem jednak, kiedy my na Zachodzie przeginamy w jedną stronę, Wschód siedzi jak zabetonowany na przeciwległym krańcu.

W Chinach jeszcze nie spotkałem się ze stwierdzeniem, że czyjś pies czy kot jest członkiem rodziny. Ludzie i owszem, posiadają zwierzęta domowe, ale te z reguły pełnią konkretną funkcję. Zajmują uwagę hiperaktywnego dziecka, albo stanowią cenny nabytek podnoszący prestiż właściciela. Ogólnie rzecz biorąc – nikt tutaj nie bierze na poważnie uczuć czworonogów. Jeśli zwierzak się znudzi, albo „zepsuje” to się go wyrzuca i kupuje następnego. Smutne, ale prawdziwe.

Jeśli po przeczytaniu powyższego paragrafu złapał was nagły atak bulwersacji to przed przeczytaniem kolejnego usiądźcie i zażyjcie pavulon. Najlepiej od razu dwa, tak dla pewności.

Otóż po Chinach rozprzestrzenia się pewne prawo – psy mają być rejestrowane, a do tego można je będzie wyprowadzać tylko przed świtem oraz po zmierzchu. Że niby dla ochrony małych dzieci, które mogłyby zostać pogryzione. Jeśli masz psa i go nie zarejestrujesz, a ktoś na ciebie doniesie to wkrótce odwiedzą cię smutni panowie policjanci i siłą zabiorą ulubieńca na uśpienie. Ale nie martwcie się, na otarcie łez dostaniemy jeszcze mandat opiewający na równowartość kilku tysięcy złotych. Dziki kraj!

Takie pudełka z żabami można czasem znaleźć w supermarketach. Są też żółwie, kraby, krewetki i homary.

To, że psów już się nie je, nie oznacza jednak, że ich życie jest usłane różami.

No dobra, a co z bezdomnymi psami?

Cóż.. te przeznaczone są do „terminacji”. Utrzymanie schronisk kosztuje i nikt nie chce za to płacić. Zwykli ludzie boją się bezpańskich zwierząt i żądają od władz jakiegoś działania. A władze działają. Wysyłają w miasta przedstawicieli najniższego szczebla służb porządkowych (w porównaniu z nimi polska Straż Miejska to bohaterowie o sercach czystych jak poranna rosa) z nakazem likwidacji.

O tym jak ta likwidacja przebiega już nie napiszę, zamiast tego zachęcam do obejrzenia filmu Weroniki Truszczyńskiej:

Tym, niestety mało optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy odcinek. Do zobaczenia już wkrótce!

Bookmark the permalink.